2011 rok w Muzyce Islandzkiej – podsumowanie Marcina

Nieubłaganie dobiega końca rok 2011, nadszedł więc czas na różnego rodzaju podsumowania. W tym miejscu podsumowania będą dotyczyły muzycznych wydawnictw, które ukazały się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy na islandzkim rynku muzycznym. Oczywiście nie będę omawiał wszystkich albumów, które się ukazały w tym roku, natomiast skoncentruję się „jedynie” na wybranych albumach, które szczególnie warto przybliżyć.

W związku z powyższym ostatnie tygodnie bardziej intensywnie niż zazwyczaj poświęciłem na przypomnienie sobie tego co wydarzyło się w tym roku na muzycznej scenie Islandii. Godziny przesłuchiwania, albo raczej słuchania i wsłuchiwania się utwierdziły mnie w przekonaniu, że ten rok był naprawdę owocny w muzykę islandzką. Co więcej ilość wydawnictw, które się ukazały nie ustępuje jakości muzyki na niej zawartej.

Poniżej przedstawiam moją subiektywną ocenę poszczególnych albumów podyktowaną indywiduaną emocjonalnością i gustem muzyczym:


1. Soley “We sink” – ocena: 10. Wcześniejsza EP’ka Soley wzbudziła we mnie duże nadzieje, które ten album nie zawiódł. Soley z niesamowitym talentem i wyczuciem eksploracje introwertyczne, nadwrażliwe odczucia i emocje ludzkie. Liryczność i w większości tonacja minorowa albumu rysuje obraz horroru i sprawia wrażenie ścieżki dźwiękowej do filmu grozy. Album jednocześnie piękny, melancholijny i niepokojący. Plastyczny. Przepełniony atmosferą mroku, lęku i koszmaru. Intymnie i kameralnie.

2. Sin Fang “Summer echoes” – ocena: 10. Bardzo lubię debiutancki album Sindri’ego, a kolejny LP przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Utwierdził mnie w przekonaniu o jego talencie oraz umiejętnościach muzycznych i aranżacyjnych. Album przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Uwielbiam go za złożoność, mnogość dźwięków, marzycielski klimat i melodię. Sindri żyje muzyką, jest nią wypełniony. Album muzycznie wielowarstwowy, dzięki czemu możemy go odkrywać stopniowo wraz z kolejnymi przesłuchaniami. Ponownie zostajemy oczarowani za sprawą ciepłego, delikatnego i sennego śpiewu, złożonych harmonii wokalnych i przyjemnych melodii. A sama muzyka jest jasna, błyszcząca, lekka, jakby unosiła się na letnich promieniach słońca i ciepłym wietrze.

3. Ólafur Arnalds “Living Room Songs” – ocena: 10. Piękno i magia. Islandzka melancholia. Siedem muzycznych pereł stworzonych w siedem dni. Oli zaprosił chętnych, aby byli naocznymi świadkami tego jak tchnie ducha w dźwięki. Fani mogli śledzić na bieżąco za pomocą strony internetowej jak powstają poszczególne utwory w mieszkaniu artysty. Z twórczością Ólafur znam się od blisko 4 lat. Fascynacja nim nie słabnie. Połączenie wrażliwości muzyki klasycznej z chłodnym ambientem, minimalizmem i intymnością.

4. Of Monsters and Men “Little talks” – ocena: 9. Ten album był dla mnie zaskoczeniem, a muzyka na nim zawarta mocno się we mnie wwierciła i rzadko opuszczała mnie w samotnych trasach polskimi drogami. Świetne melodie, umiejętne wykorzystanie akordeonu. Całość muzyki jest wspaniale lekka, beztroska, delikatna i niewymuszona. Bez ckliwości i przesłodzenia. Na uwagę zasługują także ciepłe i miękkie brzmienia głosów Nanny i Arnara, które świetnie się ze sobą uzupełniają i tworzą przyjemne harmonie wokalne. Na albumie odnajdziemy dużo optymistycznej zabawy i spontaniczności. Znajdzie się również miejsce na zatrzymanie się, reflesję i nostalgię.

5. Sigur Ros “Inni” – ocena: 9. Niebawem, bo w 2014r. zespół Sigur Ros będzie obchodził 20-cie działalności! W tym roku ukazało się pierwsze wydawnictwo koncertowe zespołu („Heima” nie liczę). Wydawnictwo obejmuje dwie płyty CD oraz płytę DVD z przepięknym, intymnym czarno-białym dokumentem z trasy Islandczyków. Dokument niezwykle emocjonalny, z impresjonistyczną aurą. W sumie 75 minut zapisu filmowego i 105 minut muzyki. Dzięki fenomenalnemu talentowi twórców możemy doświadczyć muzyki od wewnątrz, a tam kryje się eteryczność i tajemniczość, pozazmysłowość i nierealność. Otrzymujemy również dodatkowo premierowy utwór „Lúppulagið”. Z niecierpliwością oczekuję materiału premierowego.

6. Jonsi “We bought a zoo” – ocena: 9. Muzyka będąca soundtrackiem do filmu o tym samym tytule co album. Zawiera zróżnicowany materiał muzyczny: premierowe „śpiewane” utwory Jonsi’ego, instrumentalne ścieżki dźwiękowe z wokalizami, a także znane już utwory z solowego albumu Jonsi oraz Sigur Ros. Całość jest spójna i miła w odbiorze. Muzyka lekka i przyjemna jak ciepły wietrzyk z odcieniami nostalgii, refleksji i optymizmu. Emocjonalnie wzruszający i poruszający muzycznie album, co właściwie koresponduje z treścią filmu.

7. Snorri Helgason “Winter Sun” – ocena: 9. Snorri Helgason to muzyczny samouk, indwidualista o wyjątkowym talencie i rzadkiej wrażliwości. Swoim drugim albumem postawił sobie wysoko poprzeczkę. Snorri nadal jest autorem szczerych tekstów. Pozostaje pod wpływem różnych gatunków muzycznych i w sposób wyjątkowy potrafi z nich czerpać. Szczególnie pięknie przedstawia na albumie inspiracje i brzmienia folk i blues, czy americana. A co ważniejsze w każdym dźwięku jest szczypta islandzkiej magii. Jest to album czarujący i relaksujący. Balladowa muzyka Snorri’ego  ma w sobie ciepło i islandzką senność i lekkość.

8. Lay Low “Brostinn strengur” – ocena: 9. No to przygotowała mi niezłą muzyczną niespodziankę Pani Lovisa. Po pierwsze album zaśpiewany w języku islandzkim… pięknie to brzmi. Po drugie album zaskoczył mnie swoim bogactwem brzmieniowym, czarującymi aranżacjami oraz złożonymi formami. Dotychczas byłem przyzwyczajony do zgrabnych, spokojnych, folkowych utworów oraz wycofanej, ale wrażliwej wokalistki. A na tym albumie „jakby jest to samo, ale więcej tego”. Lay Low powraca jeszcze bardziej dojrzała, bardzo kobieca, pewna siebie, odważniejsza. Zachwyca swoim głosem oraz świetnymi kompozycjami. Zachowuje przy tym swoją wrażliwość, zmysłowość i intymność.

9. Valgeir Sigurdsson “Dreamland” – ocena: 9. Ta ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego o tym samym tytule jest dowodem dojrzałości i rozkwitu potencjału artysty. Muzyka zawarta na albumie nawet poza ekranem posiada niesamowitą siłę, jest bardzo sugestywna, jest kapitalną muzyczną narracją. Album balansuje pomiędzy momentami introwertycznymi, medytującymi, intymnymi, a wzniosłymi, mrocznymi i majestatycznymi. A za każdym razem muzyka jest tak samo piękna. Artysta w stworzonych poszczególnych ścieżkach dźwiękowych ilustrujących zapierający dech w piersiach krajobraz Islandii, w sposób subtelny i jednocześnie przestrzenny ukazuje piękno wyspy, jak również buduje napięie podkreślając poczucie niepokoju, obawy, lęku, straty, rozpaczy. Jest to jeden z najciekawszych albumów ilustrujących obraz filmowy (nie ograniczam się tu tylko do muzyki islandzkiej).

10. Lockerbie “Ólgusjór” – ocena: 8. To kolejny zaskakujący dla mnie islandzki debiut wydawniczy tego roku. Dodam, album stworzony przez (zaledwie) dwudziestoparolatków. Muzyka urzekająca, radosna, wypełniona islandzką lekkością. No i do tego zachwycająca ciepła barwa głosu wokalisty, a wszystko zaśpiewane w języku islandzkim. Post-rock z elementami ambientu i ładnymi melodiami. Skojarzenia z For a Minor Reflection i Sigur Ros jak najbardziej trafne.

11. Dad Rocks! „Mount modern” – ocena: 8. Oczarował mnie ten album w całości, przede wszystkim swoją swobodą. Nie wiem czemu, ale jak słyszę ich muzykę to nasuwają mi się skojarzenia związane z górami, potokami górskimi, latem, słońcem i ciepłym wiatrem, Akustyczne gitarowe brzmienie uzupełnione m.in. przez skrzypce, trąbki, pianino. Do tego ciekawa barwa głosu wokalisty. Raczej spokojne folkowe, lo-fi utwory płyną przez album swobodnie i lekko. W oddali momentami pobrzmiewają echa Bill Callahan i Kings of Convenience.

12. Low Roar “Low Roar” – ocena: 8. Ten album jest dowodem tego, jak mocno Islandia oddziałuje na człowieka. Amerykański muzyk Ryan Joseph Karazija opuszcza swój kraj i osiada w Islandii, w Reykjaviku. Ta zmiana, nowe otoczenie, poznani ludzie, owocuje powstaniem muzycznego projektu. Album wypełniają subtelne i piękne dźwięki. Dominuje brzmienie akustycznej gitary, pianina oraz różnego rodzaju „przeszkadzajki”. Nie ma tutaj ani perkusji, ani gitary basowej. Pomimo pozornego minimalizmu otrzymujemy muzykę bogatą w emocje. Album jest melancholijny, liryczny, bardzo nastrojowy. Z pogranicza folk, post-rock, ambient, indie, alternative. Skojarzenia z Thom York i Radiohead.

13. Mugison „Haglél” – ocena: 8. Mugison nigdy nie stawiał sobie ograniczeń jeśli chodzi o stylistykę, pozostaje szczery w swoich emocjach oraz wierny swojej intuicji muzycznej. Ponadto płynnie porusza się po różnych stylach muzycznych. Z łatwością łączy gatunki takie jak folk, rock, indie, alternative, czy blues. Album obfituje w świetne pomysły aranżacyjne. Niezwykle bogaty. Zaśpiewany w języku islandzkim i ze specyficzna tęsknotą w głosie. W grze Mugisona na gitarze jest pewna surowość. Poprzez swoją grę artysta wyraża emocje aniżeli popisuje się techniką. Artysta potrafi zainteresować słuchacza swoimi opowieściami, a przy tym umiejętnie buduje odpowiednią atmosferę oraz układa ładne melodie.

14. Dikta “Trust me” – ocena: 8. Zespół nie jeden już album nagrał, a chłopaki przez ponad 10 lat wspólnego przebywania ze sobą nie jednego doświadczyli. Rozwijają się cały czas i z albumu na album są coraz lepsi. Dojrzała produkcja, dopracowane melodyjne brzmienie. Zespół wykazał się kunsztownym przygotowaniem i staranną aranżacją. Dużym atutem zespołu jest ciepła nostalgiczna barwa w głosie wokalisty Haukura. Indie rock na poziomie. Momentami melancholijnie, balladowo, a gdzie indziej mocniej, gitarowo z rockowym pazurem. Być może nie jest to album nowatorski, odkrywczy, ale nie odbiera mu to uroku i wartości. Słucha się go bardzo przyjemnie.

15. Náttfari “Töf” – ocena: 8. Po pierwsze rzeczą rzadko spotykaną jest, aby zespół który przestał istnieć 10 lat temu, ponownie się zebrał i po tylu dopiero latach nagrał swój pierwszy album. Album, który jest dopracowany, poukładany, spójny. Zespół w dużej mierze prezentuje muzykę instrumentalną, najogólniej określaną post-rockiem, z elementami ambientu, jazzu, i. in. Pomimo etykietki post-rock, muzyka na albumie prezentuje się bardzo ciekawie, przestrzennie i mało wtórnie. Czasami pojawia się również śpiew, ale rzadko, a trochę szkoda, bo wokalista ma ciekawą barwę głosu. Oszczędne dawkowanie wokalu wcale nie odbiera albumowi jego wartości. Panowie rewelacyjnie radzą sobie z malowaniem dźwiękowych pejzaży, w co wkładają dużo emocji.

16. Ben Frost & Daniel Bjarnason “Solaris” – ocena: 8. Przy tworzeniu tego albumu doszło do kooperacji z polskimi muzykami, albowiem w nagrywaniu go wzięła udział Polska orkiestra Sinfonietta Cracovia. Frost i Bjarnason stworzyli dźwięki bliskie obrazu opisanego przez Stanisława Lema, głęboko wnikające we wnętrze i emocje. Eteryczność i przestrzenność tej muzyki gwarantuje niebywałe doświadczenie zmysłowe. Islandzki duet stworzył muzyczną ilustrację kosmicznego świata, a raczej człowieka we wszechświecie. Muzyka ta wymaga odpowiedniego czasu i przestrzeni, najlepiej słuchać ciemną nocą na słuchawkach.

17. Bjork “Biophilia” – ocena: 7. Nie jest to płyta łatwa w odbiorze i ocenie, zresztą wzbudza wiele kontrowersji i zbiera skrajne opinie. Przyznam się, że pierwsze przesłuchanie albumu nie wzbudziło we mnie zachwytu (delikatnie mówiąc). Drugie chyba też nie, jeśli już mam być szczery. Ale kolejne przekonały mnie do jego wartości. Nie da się ukryć, że przesłuchanie wcześniejszych albumów artystki gasi nieco entuzjazm. Ale po kolei. Ważne jest (też w zamyśle artystki), żeby ten album traktować jako spójny multimedialny projekt. Myślę, że głównym problemem i powodem kontrowersji wobec albumu jest to, że rynek muzyczny oraz aktualny odbiorca muzyki nie jest przyzwyczajony do tego typu projektów muzycznych i to wywołuje dysonans i konflikt. Nie zaprzeczam, że jeżeli skupimy się tylko i wyłącznie na samej muzyce to jest ona wyciszona, minimalistyczna, jakby pozbawiona formy. Ale tutaj muzykę powinniśmy traktować jako całość z resztą multimedialnego projektu, aplikacji, itd. To duży eksperyment. Bjork przekroczyła dotychczasowe granice w odbiorze muzyki. Wprowadzą odbiorcę swojego projektu w strukturę muzyki. Możemy dzięki temu aktywnie uczestniczyć w muzyce.

18. Apparat Organ Quartet “Polyphony” – ocena: 7. Jóhannson i spółka po ośmiu latach (!) od wydania debiutu powrócili z dobrym, świetnie dopracowanym albumem. Album dużo ciekawszy i dojrzalszy od debiutu. Czad syntezatorowy. Klawiszowa polifonia. Energetyczna fuzja dźwięków i transowego klimatu. Elektroniczny kolektyw świetnie połączył 8-bitowe granie z rockową energią. Cudowne brzmienie analogowych syntezatorów, przesterowane, niskie basy, rozbudowane aranżacje i złożone melodie. Wszystko napędzane krautrockowym beatem mocnej rockowej perkusji.

19. Daniel August „The Drift” – ocena: 7. Były członek Gus Gus powrócił z drugim solowym albumem. Muzyka w ciekawy i eksperymentalny sposób łączy takie gatunki muzyczne jak blues, country, folk, electronic, czy soul. Album utrzymany w cowboyskiej konwencji posiada swoją specyficzną atmosferę. Konwencja westernu pomieszanego ze science-fiction. Produkcja i aranżacje z górnej półki. Bardzo dobrze sprawdza się również głos wokalisty. Przyznam szczerze, że nie spotkałem się z czymś takim wcześniej.

20. Prinspóló “Jukk” – ocena: 7. Album lekki, łatwy i przyjemny, będący wynikiem przyjaźni i zabawy grupy przyjaciół. Muzycznie frywolny, beztroski i spontaniczny, bardzo daleki od patosu. Idealny na słoneczny, wolny dzień. Zdominowany przez akustyczne brzmienia i zaśpiewany po islandzku. Zespół nie ma kompleksów i nie pretenduje do bycia gwiazdą. Chłopcy podeszli do muzyki z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie i otoczenia.

21. Reykjavik! “Locust Sounds” – ocena: 7. Zaskoczył mnie mocno zespół nagraniem tak ciekawego albumu. Połączenie wielu gatunków m.in. rock, punk, indie,  noise. Inspiracji można tu mnożyć. Na albumie możemy odnaleźć wiele fajnych rzeczy. Mamy zatem młodzieńczy bunt, zadziorność, awanturniczość. Przesterowane gitary, nieco przybrudzone brzmienie, odrobina noise’u. Połamane rytmy, zakręcone partie gitarowe, a gdzieś pomiędzy tym ujmujące melodie.

22. ADHD “ADHD2” – ocena: 7. W skrócie mówiąc – Jazz przez duże J. Muzyka instrumentalna nie byle jaka. Po pierwsze album nie jest nudny. Po drugie nie drażni i nie przeszkadza. Przyjemnie się tego słucha (nawet bardzo) szczególnie kiedy album płynie sobie w tle, a my spokojnie możemy zająć się innymi obowiązkami. Muzyka jest melodyjna, z elementami melancholii. Panowie sypia pomysłami jak z rękawa, bawią się zmianami rytmu. Profesjonalne połamańce na wysokim poziomie.

23. Gus Gus ”Arabian Horse” – ocena: 7. Album zbierający różne oceny. Przez jednych mocno krytykowany, przez innych wychwalany. Na pewno nie można odmówić zespołowi profesjonalnej aranżacyjnej tanecznej przestrzeni i doskonałej produkcji. Kolejnym dużym atutem albumu są zaproszeni wokalni goście, czyli Urður „Earth” Hákonardóttir oraz Hogni Elisson z grupy Hjaltalin. Wokaliści swoim śpiewem nadają muzyce wyjątkową zmysłowość, upiększają chłodne dźwięki. Album napędzany elektroniką, zaraźliwym beatem i rytmami dubstepowymi posiada specyficzny trans. Można tutaj znaleźć naprawdę kilka ciekawych rozwiązań i pomysłów. Zespół nie stracił na kreatywności i stworzył album na wysokim poziomie.

24. Hjálmar “Órar” – ocena: 6. Kto by przypuszczał, że na dalekiej i chłodnej północy powstaje muzyka gorąca jak wulkan. Islandzkie reggae, którym zespół rozgrzewa nasze serca już od jakiegoś czasu powrócił z nowym wydawnictwem. Zespół wierny jamajskim brzmieniom ciepło kołysze swoją muzyką. Egzotyki uzupełniają islandzkie teksty. Pięknie brzmi język islandzki w klimatach reggae. Mam słabość do tego zespołu.

25. Nolo “Nology” – ocena: 6. Zespół dwuosobowy, który gra na instrumentach wyglądających jakby były zepsute lub znalezione na śmietnisku. Gitara, stare syntezatory, automat perkusyjny i wokal. Muzyka z pozoru nieco tandetna, prosta, skromna. Pojawia się trudność w nazwaniu jej, bo mamy tu do czynienia chociażby z  electronic, lo-fi, alternative, pop i przyjemnymi, ciepłymi melodiami. Brzmienie albumu archaiczne, nie dzisiejsze, do bólu nie nowoczesne. Trzeba spojrzeć na ten album przez przymrużone oczy. Odczytywać go między wierszami. Piękno tkwi w prostocie.

26. Hellvar „Stop that noise” – ocena: 6. Nieco brudne brzmienie przesterowanych gitar, odważna praca perkusji i mocny głos wokalistki przywołuje atmosferę muzyki rockowej lat 90-tych. Wówczas uszy wszystkich interesujących się muzyką zwrócone były w kierunku mekki grunge – Seatlle. Odnaleźć tu można ducha takich kapel jak Sonic Youth, Garbage, Nirvana, The Breeders, Hole, L7. Oczywiście zespół czerpie delikatnie z dokonań wymienionych zespołów. Wokalistka dobrze sprawdza się zarówno w wyciszonych momentach jak i tych ostrzejszych. Mocny gitarowy rock z odrobiną punk, grunge i electro. Całość dodatkowo nieco psychodeliczna, jazgocząca, ale również melodyjna.

27. Vicky „Cast a light” – ocena: 6. Kolejny islandzki zespół rockowy z damskim wokalem. W skład zespołu wchodzi trzy kobiety i perkusista. Gitarowe granie z młodzieńczą werwą i mocą. A pod maską zadziorności kryją się tu chwytliwe melodie. Do tego naprawdę ciekawa barwa głosu uroczej wokalistki.

28. Orphic Oxtra “Kebab Diskó – ocena: 6. To drugi album zespołu, a raczej orkiestry, bo w jej skład wchodzi aż kilkanaście osób. Duże instrumentarium orkiestry oraz zdolności muzyczne poszczególnych członków zapewnia bogate aranżacje utworów. Zespół inspiruje się brzmieniami muzyki Bałkańskiej i klezmerskiej z elementami jazzu i folku. Osobiście muzyka taka nie koresponduje zbytnio z moją muzyczną emocjonalnością i gustem, ale trudno odmawiać muzykom talentu, pomysłów i melodii.

29. Skurken „Gilsbakki” – ocena: 6. Projekt założony przez Jóhann Ómarsson. Muzyka przestrzenna jak krajobraz Islandii. Relaksująca niczym lot nad szczytami górskimi, oceanami i zielonymi łąkami. Można o tym mówić elektronic, chillout, ambient, IDM, rave, drum’n’bass, a to nie odda wszystkiego. Ta muzyka płynie miękko na islandzkim wietrze. Halucynogenna elektronika.

30. FM Belfast „Don’t want to sleep” – ocena: 5. Jedno jest pewne, robienie muzyki zespół traktuje jako świetną zabawę. Album nie jest lepszy niż debiut, bardziej jest jak ciąg dalszy, kontynuacja wcześniejszych dokonań. Otrzymujemy zbiór tanecznych elektro-popowych utworów pełnych pozytywnej energii. Wszystkie utwory utrzymane są w podobnej tonacji radosnej i prostej elektroniki z damsko-męskimi wokalami. Bezpretensjonalność i swoboda podtrzymująca dobry nastrój i samopoczucie. Muzyka, która raczej lepiej i bardziej sprawdza się na koncertach, na żywo niż wieczorem w domowym zaciszu (no chyba, że urządzamy domową imprezę).

31. Solstafir “Svartir Sandar” – ocena: 5. Przez ponad 15 lat swojej działalności zespół przeszedł długą drogę zaczynając swoją przygodę z muzyką pod flagą black-metalu, a następnie stopniowo podejmując próbę złagodzenia swojego metalowego brzmienia. Pozostawiając pewne metalowe elementy wprowadził do swojej muzyki rozwiązania m.in. w postaci rocka alternatywnego, post-rocka, stoner-rocka oraz sludge-metalu. Album napewno nie jest płytą łatwą w odbiorze. Przytłacza swoim mrocznym klimatem, w którym wyczuwa się coś naturalnego – dzikiego i pierwotnego. Zimny klimat muzyki tworzy zamknięty świat, pełen smutku i cierpienia. Dramaturgia i emocjonalność wpływają dodatkowo na depresyjną atmosferę całości. Muzyka na albumie jest niczym zapis ścieżki dźwiękowej do postapokaliptycznego obrazu świata. Swoim oryginalnym transującym klimatem hipnotyzuje i wciąga.

32. We Made God “It’s Getting Colder” – ocena: 5. Energetyczna, lecz nie pozbawiona liryzmu, fuzja postrocka, postmetalu i noise’u. Połączenie czystego śpiewu z growlingiem. Album intrygujący, mroczny i raczej pesymistyczny. Dla miłośników twórczości Isis i Cult of Luna.

33. HAM „Svik, Harmur og Dauði” – ocena: 5. Tytuł albumu mówi sam za siebie „Zdrada, tragedia i śmierć”. Klasyka metalu islandzkiego, zespół powstały końcem lat 80-tych, powraca i prze naprzód z silą dobrze naoliwionej machiny bojowej. Album dostarcza muzykę ciężką, metalową. Muzyka brzmi patetycznie, epicko i wzniośle.

34. Ruddinn „Need a vacation” – ocena: 4. Projekt jednoosobowy. Muzycznie otrzymujemy electro pop z elementami indie rocka i shoegaze. Całość utrzymana w klimatach brzmień muzyki lat 80-tych. Album jest jak najbardziej poprawny, ale mało odkrywczy. W nagraniach wokalnie wspomaga artystę Heida Ragnheidur Eiriksdottir z zespołu Hellvar. Moim osobistym zdaniem właśnie głos Heida jest największym atutem tego albumu.

35. Sykur “Mesopotamia” – ocena: 4. Powiem szczerze, że gdyby to nie była muzyka islandzka to zapewne nie zwróciłbym na nią uwagi. Napewno to kwestia gustu, bo wielu osobom twórczość zespołu się podoba. Muzyka elektroniczna, taneczna, z przyjemnym damskim wokalem. Jest transowa zabawa. Dla mnie jednak za bardzo disco.

Written By
More from Marcin K.

W kierunku Tálknafjörður i Bjarmaland Guesthouse

Wczesny czysty poranek. Pierwszy blask słońca pojawia się na horyzoncie, a my...
Read More

1 Comment

Dodaj komentarz