Ólafur Arnalds ponownie zaHipnotyzował

Koncert Ólafura Arnaldsa pozostawił we mnie nie tylko bogactwo estetycznych wrażeń. Wzbudził moje głębokie przekonanie, że jego muzyka zasługuje na to, by zyskać pełną i bardziej profesjonalną oprawę.

Mógłbym zacząć relację z koncertu Ólafura Arnaldsa w Katowickiej Hipnozie od pełnych wyrzutu utyskiwań na rozliczne niedogodności. Mógłbym napisać o sporym opóźnieniu, z jakim rozpoczął się koncert i konieczności oczekiwania na wejście w niezbyt przyjemnych warunkach. Następnie mógłbym zgrabnie przejść do narzekania na ekstremalnie niewygodne warunki siedzenia i tropikalny klimat wnętrza, które razem wzięte skutecznie uprzykrzały odbiór muzyki.* Wypadałoby, żebym dopełnił czary goryczy i opowiedział o wpadkach organizatorskich. Musiałbym wspomnieć o irytującej, rozklekotanej, stojącej na scenie lampie, która na niższe brzmienia reagowała „dreszczami” bardziej, niż wszystkie zagorzałe fanki Justina Biebera razem wzięte. Oberwałoby się akustykowi, który momentami fundował nam niezbyt profesjonalne i miłe dla ucha „efekty specjalne”. Mógłbym skończyć te gorzkie żale na pełnej bólu konstatacji, że wskutek wszystkich opóźnień i zaniedbań część osób spoza Katowic musiała wyjść przed końcem, żeby zdążyć na ostatni autobus i uniknąć koczowania do rana na dworcu.

Mógłbym… ale przecież lepiej pisać o muzyce – a ta była tego wieczoru niesłychanie piękna.

Największym zaskoczeniem wieczoru był fakt, że konstrukcja: suport + gwiazda wieczoru w najmniejszym nawet stopniu się nie sprawdziła. Nie był to koncert Ólafura Arnaldsa  z suportem  Nilsa Frahma, lecz niepodzielna całość, stworzona wspólnie przez dwóch wspaniałych muzyków. Obaj dali z siebie równie wiele, partnerowali sobie na scenie i jednakowo mocno oddziaływali na publiczność. A kolejność – była tylko kolejnością.

Niemiecki pianista okazał się być równie świetnym muzykiem i kompozytorem, co showmanem. Natychmiast kupił sobie publiczność niebanalną autoironią i dowcipem.

Przygotowałem dla was na dzisiejszy wieczór nie tylko kilka utworów, ale także nieprawdopodobne sceniczne show (tu Nils wskazuje palcem na sporych rozmiarów żarówkę, która zawieszona nad jego głową będzie odtąd sygnalizować jego obecność na scenie)

Zaprezentował trzy swoje utwory, w tym jeden, który napisał już jakiś czas temu, ale stwierdził, że jest do niczego i o nim zapomniał, dlatego gra go pierwszy… no, może drugi raz.

Fantastyczne w wersji na żywo było otwierające koncert Said and done z monotonnie pulsującym dźwiękiem, szczodrze wzbogacone o fragmenty improwizowane.

Niech czytelnik nie poczyta mi za grzeszne nadużycie porównania, jakiego za chwilę dokonam. Muzyka Nilsa Farhma w naturalny sposób przywodzi mi bowiem na myśl dokonania amerykańskiego minimalisty Steva Reicha. Nils momentami grał jednocześnie na dwóch klawiaturach (niczym Piano Phase S. Reicha!), miksował żywą muzykę z elektroniką. Z dużą łatwością poruszał się po całej skali instrumentu stopniowo zmieniając akcentowanie z akordu na akord, z tonacji na tonację. Wkładał w wykonanie absolutne maksimum zaangażowania. Trans, emocje, nastrój… Zostawił na scenie, tak na oko, ze 3 litry potu i całkowicie oczarował publiczność, która spontanicznie zgotowała mu standing ovation. Gdyby nie późna pora i oczekiwanie na Ólafura, występ Nilsa  na pewno trwałby sporo dłużej.

Wreszcie przyszedł jednak czas na Islandczyka. Nils wysoko zawiesił poprzeczkę, ale Ólafur zupełnie się tym nie speszył. Zaczął od solidnej porcji islandzkiego humoru, który towarzyszył mu zresztą do końca.

Wspomniał swój występ na tej samej scenie sprzed około roku, wytłumaczył zebranym z rozbrajającą szczerością powody spóźnienia** po czym oznajmił, że będziemy dziś… śpiewać.

You guys are able to sing? Yes ??? Poles are famous of their singing… on Icelandic streets. Its true! All right – it’s a note “g”. Can you sing it for me, and I’ll record it on this little thing. Battery low, so we must be quick. So, lets sing: Aaaaaaaaa…What? Nobody said I’m a good singer…

Podobnych interakcji z publicznością było tego wieczoru jeszcze sporo. Nie dziwi zatem, że na koncertowej setliście obok tytułów wykonywanych utworów widnieją zapisy: „Óli alone on stage first”, bowiem jego konferansjerskie zapędy były niemal równoprawnymi częściami występu.

Ólafur rozpoczął od improwizowanego utworu, w którym wykorzystał nagrany naprędce „wokal” publiczności. Po chwili na scenie zjawili się Viktor i Paul – przyjaciele Óliego tworzący sekcję smyczkową. Koncert zaczął się na dobre. Czekały nas tego wieczora prawdziwe brylanty – starsze utwory, jak Þú ert jörðin czy Ljósið (utwór o wannach i prysznicach, niezwykle inspirujący, co widać w komentarzach na YouTube…), a także te z wydanej bardzo niedawno płyty „Living room songs”. Warto dodać, że bardzo często kolejne utwory wzajemnie się przenikały, tworząc w ten sposób dłuższe i tym samym bardziej emocjonalne kompozycje.

Prezentem dedykowanym katowickiej publiczności było wykonanie utworu zatytułowanego Poland, który narodził się podobno jako wypadkowa oddziaływania dziur na polskich drogach oraz wódki żołądkowej gorzkiej, a niedawno trafił na ścieżkę dźwiękową do filmu***.

Dlatego możecie być dumni z waszego kraju! Jest to też dowód  na to, że smutne piosenki nie zawsze są efektem złamanego serca…

Kapitalną kulminacją koncertu okazała się być suita składająca się z czterech zespolonych improwizacjnie utworów. Allt varð hljótt – Endalaus II – Gleypa Okkur – 3326. W takim połączeniu każda z części zyskała niepowtarzalny koloryt. Prawdziwa uczta! Szczególnie mocno i wzruszająco wybrzmiało wieńczące całość skrzypcowe solo (3326) zagrane z ogromnym zaangażowaniem. Aż dziw, że słuchaliśmy tego siedząc w kucki w małym klubie, a nie na wielkiej sali koncertowej w którejś ze słynnych filharmonii. Perełka!

Ku naszej wielkiej radości mieliśmy również kolejną okazję, by zobaczyć na scenie Nilsa. Żarówka zapłonęła ponownie i panowie zagrali wspólnie improwizowany utwór zaczynając od tonacji f-moll, którą ustalili półgłosem, dając publiczności okazję do kolejnego tego wieczora niekontrolowanego wybuchu śmiechu.

Mimo zmęczenia muzyków i ich dłoni, widzów i ich… dłoni (od klaskania oczywiście), oraz faktu, że koncert przeciągnął się na kolejny dzień**** doczekaliśmy się bisu. Lag fyrir ömmu – osobista kompozycja…

…dedykowana dobremu przyjacielowi, osobie, której mi bardzo brakuje. Nosi tytuł Song for Grandma.


Piękne i wzruszające zwieńczenie wielkiej muzycznej uczty!

Na koniec kilka słów osobistej refleksji. Koncert Ólafura Arnaldsa pozostawił bowiem we mnie nie tylko bogactwo estetycznych wrażeń. Wzbudził moje głębokie przekonanie, że muzyka ta zasługuje na to, by zyskać pełną oprawę. To przecież dojrzałe, pełne piękna kompozycje, w dodatku naznaczone subtelną i niezwykłą wrażliwością autora. Sądzę, że nadszedł już czas, by Ólafur nie musiał sam przygotowywać sprzętu, by nie obchodziły go problemy techniczne. To wszystko oczywiście ma swój niepowtarzalny urok, ale…

Wyobraźmy sobie te same kompozycje na większej scenie z pięknymi wizualizacjami przy wtórze orkiestry symfonicznej!

Nie miał bym nic przeciwko, gdyby Ólafur Arnalds wystąpił np. u boku Sigur Rós na Sacrum Profanum – pod warunkiem, że raz na jakiś czas przyjechałby do nas i zagrał mały koncert dla garstki osób siedzących w kucki pod sceną.

* już po pół godzinie siedzenia w pozycji embrionalnej wnikliwiej studiowałem anatomię własnego odcinka lędźwiowego niż, to co działo się na scenie…

** awaria sprzętu, której zaradził pewien spocony, bezimienny informatyk

*** do filmu „Another happy day” oczywiście…

**** skończył się tuż po północy

*****wszystkie przywołane słowa artystów stanowią parafrazy a nie dosłowne cytaty

Zdjęcia – Kasia Klimek



Written By
More from lserwinski

Snorri Helgason przyjechał do Krakowa

Uniwersalny język muzyki nie potrzebuje wielkich scen, kilometrowych kolejek po bilety, migających...
Read More

2 komentarze

Dodaj komentarz