OFF Festival – Retro Stefson

19 lipca 2011 roku. Otwierając oczy tego dnia byłam przekonana – Retro Stefson przyjeżdżają do nas na 3 koncerty. Z wysokim poziomem adrenaliny oddałam się porannemu przeglądowi sieci, który miał mnie tylko w tym upewnić, bo przecież to mi się nie śniło! Jednak zostałam ściągnięta na ziemię. To był niestety tylko sen, za to o takiej zawartości energetycznej, jaką tylko Retro Stefson potrafią przekazać.

Pół roku później okazało się jednak, że OFF Festival podaruje dzieciom słońce. W Katowicach, na wakacjach. Jeszcze lepiej – niewiele później zespół ogłosił, że wpadnie z wizytą do Szczecina. Dokładniej mówiąc na Ogólnopolski Festiwal Małych Form Teatralnych Kontrapunkt, by zagrać koncert i poprowadzić warsztaty muzyczne dla dzieciaków. Zacny pomysł, czyż nie?

4 sierpnia 2012 roku. Morze słońca, wiatr, zielona trawka, Thurston Moore spotkany na ulicy w centrum Katowic, zatrzęsienie islandzkich wydawnictw w offowych straganach płytowych, namiotowa Scena Trójki. Słowem – OFF. Można się było cieszyć jak dziecko, widząc rarytasy od Sigur Rós, Múm, płyty Seabear, Sin Fang, Sóley, tanie Hjaltalín, nawet debiut Borko i cudeńka od Hildur Guðnadóttir. W ostatnim namiocie na terenie festiwalu latające frisbee i Retro Stefson szykujący się do występu. 17:40, są fertig. Jeszcze 10 minut i…

…startujemy z Velvakandasveinn. Porwali. Pierwszy i chyba ostatni raz, kiedy w trakcie tego koncertu radość największą sprawiał mi bas – im później, tym więcej pozytywnych wibracji, które pozwalały odbierać obraz już tylko całościowy. Po pierwszym utworze mieli w kieszeni cały namiot. Nauczyli czterech magicznych ruchów. Na, zdaje się, trzecim utworze w kolejności – Qween – ja już umarłam, w dodatku pojęcia nie mam, gdzie wcześniej przetrzymywałam takie pokłady energii, bo w trakcie koncertu ona się uwalniała i uwalniała, wcale nie w małych ilościach. Zastanawia mnie też nadal, jakie to uczucie, widzieć ze sceny cały namiot tańczący, podążający za wskazówkami mistrza ceremonii Haraldura Ariego Stefánssona. Mistrza, dla którego scena była za mała, zatem nie raz lądował wśród tłumu, by poprowadzić szalonego wężyka czy na finałowym Senseni zagrzewać do tanecznego pojedynku Brazylia vs Europa. Momenty jego nieobecności na scenie były chyba jedynymi, podczas których można było skupić uwagę na reszcie zespołu (a ta odwalała cięższą robotę muzyczną, a nie tylko tamburyn, krowi dzwonek i mikrofon…). Z potyczek na arenie międzynarodowej mieliśmy jeszcze mecz Polska vs Islandia. Ta bezcenna eksplozja radości Polaków po zdobyciu gola…! A gdyby tak Islandii się wtedy poszczęściło, czy pokazałaby nam jak się widowiskowo świętuje bramkę? Do tego jeszcze rozpoczęcie Papa Paulo III z pulsującymi skrzyżowanymi piąstkami nad każdą głową. Zdecydowanie wszyscy czuliśmy ten rytm. Jeszcze do teraz gdzieś tam we mnie drga.

Kimba.

Kimba Kimba Kimba.

Jeśli komuś jeszcze nie wkręciło się to w mózg przed występem, to efekt murowany, że będzie sobie przez co najmniej tydzień podśpiewywać Kimba Kimba. Na żywo wersja iście szatańska. Kiedyś ktoś zapytał, co robi ta dziewczynka w zespole prócz stania na scenie. Otóż, Þorbjörg Roach… wymiata! I to nawet dosłownie. Zdziwić się można, oj bardzo. Mnie szczęka opadła pod koniec występu, kiedy zobaczyłam headbanging w jej wykonaniu. Ponadto jedyna reprezentantka płci pięknej na scenie cieszy się też z latających koszulek (ale to nie ona jedna :)).

Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że sporo osób nie widzi nic niesamowitego w Retro Stefson, znając jedynie ich oblicze albumowe. To jednak trzeba zobaczyć na własne oczy, tego trzeba doświadczyć całym sobą, tę ich radość. Śmiem twierdzić, że z sobotniego popołudniowego koncertu nikt nie wyszedł obojętny. Ba, jestem tego nawet pewna po obejrzeniu nagrań kręconych gdzieś z końca namiotu. Na takiej imprezie jeszcze nie byłam. Wokaliści Haraldur Ari i Unnsteinn Manuel szmuglują przez wszystkie granice Europy swój sok gumijagodowy. Później wybuchają takie gumijagodowe bomby atomowe na scenie. 50 minut wzbudzania atomowego grzyba pozytywnych emocji.

6 sierpnia 2012 roku. Umarłam niemalże dwie doby temu. Nadal nie zmartwychwstałam. Co gorsza, zdarza mi się włączyć Velvakandasveinn, a wtedy wbrew woli wszelkie wypustki ruchowe znów wkraczają do akcji.

Written By
More from úlfurinn

Árstíðir ponownie w Polsce!

Tym razem zespół Árstíðir zagości w… Wołominie! W środę 30 kwietnia zaprezentuje...
Read More

1 Comment

Dodaj komentarz