Muzyka islandzka – subiektywne podsumowanie roku 2012 (cz.III)
















Skálmöld „Börn loka”

Zespół nagrał swój album pod skrzydłami wytwórni Napalm Records, a to znaczy, że można się spodziewać mocnego metalowego uderzenia. I tak jest. Muzyka metalowa, a dokładnie viking/folk metal ambitnie korzystająca z innych jeszcze odgałęzień metalu od black, pagan, symphonic, gothic, poprzez melodic i epic, aż po odwołania do muzyki klasycznej. Album „Börn Loka” (ang. “Loki’s Children”) jest bardzo dobrze zagrany i wyprodukowany na wysokim poziomie. Dodatkowo należy wyróżnić warstwę literacką tekstów, które odwołują się do tradycyjnej islandzkiej poezji, inspirowane są wikingami i sagami. Album jest bardzo zaangażowany w historię, jest wiernym zapisem jej faktów. Skálmöld przedstawia elementy staroludowe Islandii nowoczesnym językiem muzyki metalowej.



Kira Kira „Feathermagnetik”

Kira Kira to projekt Kristín Björk Kristjánsdóttir, która aktywnie działa w wielu sferach życia artystycznego Islandii. Jedna z najbardziej cenionych postaci w świecie alternatywnej kultury. Wokalistka i kompozytorka, ponadto zajmuje się tworzeniem niezliczonych filmowych audiowizualnych instalacji. Jej sztuka oscyluje na pograniczu muzyki i sztuk wizualnych, wymyka się jednak zaszufladkowaniu, jest nieprzewidywalna i trudna do zdefiniowania. Artystka zaciera granice między muzyką i sztuką, przeplata je ze sobą, zespala. Bardzo cenię sobie jej poprzedni album „Our Map to the Monster Olympics”. „Feathermagnetik” różni się bardzo do poprzednika. Przy produkcji i tworzeniu albumu towarzyszyło artystce ponownie wielu znakomitych islandzkich muzyków. Album wymaga czasu, oswojenia, uwagi i koncentracji. Bo przy pozornie minimalnej ilości dźwięków, które zapadają się w ciszy, album w sposób plastyczny i ilustracyjny silnie inspiruje wyobraźnię.


Retro Stefson „Retro Stefson”

Zauroczony byłem ich poprzednim albumie „Kimbabwe”. I pomimo, że wielokrotnie próbowałem obudzić w sobie to samo uczucie przy albumie „Retro Stefson”, niestety nie udało się. Chce się powiedzieć „to se ne vrati”. Ja rozumiem, że ich muzyką kierowała od samego początku zabawa i radość grania (podobało mi się to), ale obecnie ta zabawa wchodzi na parkiet, u którego sufitu wisi kula disco i wydaje się jakby Retro Stefson nie chcieli stamtąd nigdzie wychodzić. Dense. Co by nie powiedzieć okładki nowej płyty (bo ukazało się ich kilka wydań) mają bardzo ładne, świetne artystyczne projekty. Retro Stefson – królowie (no i królowa) disco. I jak to śpiewa pewien polski zespół: „My królowie disco, możemy wszystko”.



Björk „Bastards”

Kolekcja remiksów utworów pochodzących z albumu „Biophilia”, który do najłatwiejszych w odbiorze nie należał. „Bastards” jest jeszcze bardziej skomplikowany i zakręcony. Kompozycje Björk zostały rozłożone na części pierwsze. Następnie wymieszane i na nowo poskładane. Zremiksowane utwory w nowych aranżacjach zyskały pewną świeżość, inność. Jednocześnie nie utraciły intrygującego klimatu, do którego przyzwyczaiła nas Björk. Album daje możliwość wielorakiej interpretacji, tym bardziej, że brzmienia niejednokrotnie oparte są na tle różnego rodzaju motywów etno. Szczególnie ciekawie przedstawia się remiks Omar’a Souleyman’a „Crystalline”, który nabiera bardzo egzotycznego arabskiego akcentu oraz remiks These New Puritans „Mutual Core”, który wykorzystuje sample z tradycyjnej pieśni pogrzebowej „Funeral Song (Solomon Islands 1978), wycięte z płyty „Spirit of Melanesia” Davida Fanshawe’a.


Jón Þór “Sérðu mig í lit?”

Debiutancki album artysty “Sérðu mig í lit?” czyli “Can you see me in colour?” to album faktycznie pełen rockowych i indie popowych kolorów. Zaśpiewany lekko, radośnie i po islandzku. Według mnie album jest jednak nierówny pod względem muzycznym. Jest tam tyle samo rzeczy ciekawych co i irytujących. Zależnie od sytuacji przybliżam się i przekonuję bardziej do tej muzyki, aby za jakiś czas znów się oddalić i omijać go szerokim łukiem. Być może, gdyby kilka utworów pousuwać i/lub poprzekładać to “Sérðu mig í lit?” byłby równiejszy, płynniejszy i lepszy w odbiorze.




Steed Lord „The prophecy, Pt.1”

Muzyczny kolektyw, tworzący muzykę electronic synth-pop oraz różnego rodzaju eksperymentalne sztuki wizualne, wydał swój kolejny album, a w zasadzie jego pierwszą część. Albowiem album zostanie wydany w dwóch częściach. Część pierwsza albumu opisywana jest przez zespół jako „elektryczna historia miłosna, pełna obsesji, pożądania, złamanego serca i kosmicznej religii”. Muzyka bardzo eksperymentalna, z elementami progressive house, dubstep i disco. Warto poświęcić im więcej czasu i uwagi, bo nie zawsze po pierwszym przesłuchaniu zrozumiemy o co chodzi w muzyce Steed Lord. A chodzi w niej o… sami się przekonajcie.




Muck „Slaves”

Przedstawiciele islandzkiej sceny hardcore punk. Wierni tradycjom gatunku tworzą muzykę opartą na szybkim tempie i agresywnej ekspresji wokalnej. A przerwy na złapanie oddechu jest niewiele. Jest za to moc i siła, która uderza bez litości. Album „Slaves” działa o poranku jak dobra i mocna czarna kawa. Pomimo młodego wieku członków zespołu, Muck jest naprawdę dobry w tym, co robi. Cechy charakterystyczne – dobra technika, młodzieńczy bunt, a do tego szczerość i naturalność przekazu. Ale to nie wszystko, bo pomiędzy wierszami dostrzec można talent muzyczny.




Mezzoforte „Islands”

14-sty (!) album instrumentalnego zespołu legendy, znanego szczególnie w kręgach jazz’owych. Zespół koncertuje na całym świecie i cieszy się ciągłym i niesłabnącym zainteresowaniem ze strony osób lubiących mieszankę jazz, funk i fusion. Album „Islands” brzmi nieco bardziej akustycznie niż poprzednie wydawnictwa zespołu. Trudno odmówić talentu tym zasłużonym artystom. Tym razem otrzymujemy jazz podany w sposób delikatniejszy, wprowadzający pozytywne wibracje. Muzyka na „Islands” nie narzuca się, nie atakuje, jest przyjazna i idealnie wypełnia tło codziennego życia.




Yagya „The inescapable decay of my heart”

Czwarty album projektu stworzonego przez muzyka i producenta Aðalsteinn’a Guðmundsson’a. Muzycznie Yagya nadal porusza w kręgu chłodnego i surowego dub techno, minimal i ambient. Jednostajny, zapętlony rytm wprowadza w słuchaczu uczucie transu. Tym razem dodatkowo pojawiają się partie wokalne wykonywane przez zaproszone artystki, jak również samego Aðalsteinn’a. Album odsłuchiwany w całości sprawia wrażenie bardzo jednorodnego, jak dla mnie nawet nużącego (wiem, narażam się). Poszczególne utwory wydają się zlewać w jedną całość (ale czy to źle?). Rzecz gustu. Album na pewno ma wielu swoich zwolenników i sympatyków, którzy mocno będą go bronić. No i dobrze, ja walczyć nie zamierzam, bo można się przecież pięknie różnić.



Tanya & Marlon “Quillock”

Debiutancki album projektu muzycznego tworzonego przez dwójkę kuzynostwa – ona i on, którzy są jednocześnie najlepszymi przyjaciółmi od urodzenia. Muzyka elektroniczna, ambientowa, ze śmiałym użyciem sampli. Dla mnie album jest raczej zbiorem poskładanych ze sobą dźwięków aniżeli albumem typowych utworów. Szału nie ma, niestety. Chociaż kilka fragmentów zaciekawia.






Múm „Early birds”

Tak bardzo wyczekiwałem nowego wydawnictwa Múm, że aż trudno to opisać. Mój apetyt wzrósł jeszcze bardziej po ich magicznym i tak bardzo nierealnym występie na Sacrum Profanum. ”Early birds” nie dostarcza tak naprawdę nowej muzyki, jest natomiast kompilacją nagrań z lat 1998-2000, które dotychczas nie były wydane. Album ilustruje początkową fazę eksperymentowania zespołu, ich muzyczną ewolucję i kształtowanie się muzyki. Hmm… więc jest tu dużo tak zwanego „Múm’owego plumkania”, które po dłuższym obyciu wtapiaj się w tło i traci nasze zainteresowanie. Album na pewno dla kolekcjonerów i zagorzałych fanów Islandczyków. Tym bardziej, że w końcu również zostały wysłuchane ich prośby i odnajdziemy tutaj utwór “Hvernig á að særa vini sína”, który dotychczas mogliśmy usłyszeć jedynie w filmie „The Exploding Girl”. I to jest najjaśniejszy (jak nie jedyny jasny) punkt na płycie. Jeśli ktoś nie zna Múm to zachęcam, żeby swojej przygody nie zaczynał od tej płyty, zachował jednak ją sobie na sam koniec. No cóż? Bywa.


Hafdís Huld „Vögguvísur”

„Vögguvísur” to album z kołysankami dla dzieci. Hafdís została mamą, a tuż przed narodzinami córki Arabelli skompletowała najpiękniejsze i najdelikatniejsze kołysanki, które następnie nagrała i w sposób uroczy zaśpiewała w swoim rodzimym języku. Dla dzieci zapewne nie lada gratka, dla dorosłych już nieco mniej.






Eysteinn Pétursson „Það er margt i nannbeini”

Eysteinn Pétursson to emerytowany fizyk z Islandii, który w wieku 70-ciu lat postanowił wydać swój debiutancki album. Eysteinn to również ojciec Svavar’a Petur’a (znanego z zespołów Skakkamanage i Prinspóló), który zajął się miksowaniem muzyki, stworzeniem szaty graficznej i wydaniem płyty. „Það er margt í mannheimi” to folkowe pieśni-opowieści oddające klimat staroislandzki. Jedynym instrumentem, jaki się tutaj pojawia, jest gitara akustyczna, której proste dźwięki są tłem dla charyzmatycznego szorstkiego głosu Eysteinn’a, z którego przebija dojrzałość i głębia. Album jest bardzo ascetyczny i nietypowy, a dodatkowo z racji wykonania go w języku islandzkim dość trudny w odbiorze.



Cliff Child „4”

Czwarta EP’ka w dyskografii ambientowego projektu w skład którego wchodzi Sjorn Björnsson i Robjn. Muzyka minimalistyczna wypełniona różnego rodzaju szumami, dźwiękami natury, stukotami i trzaskami. Nie przyciąga do siebie ani nie odpycha. Podobna do powietrza w tym, że jest niewidoczna. Różni ją natomiast od powietrza to, że nie jest do życia niezbędna.








Post scriptum,

czyli kilka słów o albumach, które umknęły

ogólnemu podsumowaniu naszej redakcji.



Steindór Andersen & Hilmar Örn Hilmarsson „Stafnbúi”


Steindór Andersen, czyli najwybitniejszy islandzki wykonawca islandzkich pieśni rímur, na albumie wyśpiewuje dwanaście staroislandzkich wierszy przy akompaniamencie muzyki kompozytora Hilmar’a Örn Hilmarsson’a. Piękna muzyka w równie pięknym wydaniu. Zawiera 80-cio stronicową książeczkę przedstawiającą historię rímur oraz fragmenty zamieszczonych utworów. Całość brzmienia jest bardzo mistyczna i wzruszająca.





Dynfari “Sem skugginn”


Przebywając na muzycznej black metalowej ziemi, przemierzamy brzmienia depressive, funeral, doom, raw, atmospheric, progressive, a nawet ambient. Album wywołuje bardzo sugestywny klimat – od monumentalnych emocji, po klaustrofobiczne odczucia, w tym także zimna i izolacji. Pomimo swojej długości (75 minut), nie nudzi. Ciekawym zabiegiem jest świadome rozmieszczenie utworów na płycie, które prowadzą nas z jednego bieguna świata, na jego antypody. Nie jest to jedyna symbolika pojawiająca się przy albumie “Sem skugginn”, bo także okładkę można ciekawie interpretować – ukazuje zimę (ośnieżony górski szczyt), w kolorach czarnym i białym.



Ghostigital „Division of culture & tourism”


Projekt duetu Einar’a Örn Benediktsson’a i Curver’a Thoroddsen’a to eksperymentalna i industrialna awangarda. Tym razem artyści zaprosili do współpracy wiele ciekawych osób: rapperów – Dalek i Sensational, gitarzystę – Buzzo z Melvins, muzyków – David Byrne z Talking Heads, Alan Vega z Suicide, Nick Zinner z The Yeah Yeah Yeahs i Damon Albarn z Blur. Album został nagrany w różnych stanach USA i w Reykjaviku. Muzykę zmiksował natomiast w New Jersey Alap Momina (Dalek).




Two Step Horror “Bad sides & rejects”


Duet w składzie Þórður Grímsson i Anna Margrét Björnsson. Album nagrany w zaciszu domowym artystów. Senne i mroczne brzmienie albumu wywołuje uczucie niepokoju, przebywania w ciasnym i ciemnym pokoju. Wokale przebijają się z tej ciemności niczym szepty duchów. Tajemnicza atmosfera nasuwa skojarzenia z miasteczkiem Twin Peaks. Muzyka zawieszona między jawą a snem.





Kontinuum „Earth Blood Magic”

Jeśli chodzi o podobieństwa to powiedziałbym, że Kontinuum to metalowi bracia Sólstafir i Agalloch. Zespół w swoim bogatym brzmieniu porusza się po muzycznych ścieżkach progressive, atmospheric, post-black i doom metal. Zimną atmosferę muzyki przebija ciepły ogień. Atmosfera melancholii z ciekawymi i ładnymi melodiami, jakich nie powstydziłby się zespół Katatonia. Nic dziwnego, że wydaniem albumu „Earth Blood Magic” zainteresowała się duża wytwórnia w postaci Candlelight Records (wydawali albumy Opeth i Vader). Niespodzianką jest sekcja smyczkowa nagrana do utworu “Í Gljúfradal” przez kwartet Amiina. Album dobrze wyprodukowany i na wysokim poziomie jeśli chodzi o technikę i pomysły muzyków.




Thorunn Antonia (Þórunn Antonía) „Star crossed”

Last but not least. Artystka przygotowała misternie zaaranżowane kompozycje utrzymane w stylu pop z elektronicznym brzmieniem. Począwszy od lśniącej złotej okładki albumu aż po jego muzyczne brzmienie, Thorunn przenosi nas w czasie do tanecznych lat 80-tych. Czyni to z dziewczęcą subtelnością i wdziękiem sprawiając, że muzyka na „Star crossed” brzmi lekko i kusząco. Jest w tym albumie coś co potrafi zahipnotyzować i nie mam na myśli tylko samego uroku Thorunn i jej delikatnego głosu. Widocznie w Islandii nawet pop smakuje inaczej. Thorunn można śmiało tytułować królową islandzkiego pop’u.




 

 

 

the end… (?)



Written By
More from Marcin K.

Dodaj komentarz