Ólafur Arnalds – szczególne kompozycje

Nasz wybór szczególnych kompozycji Ólafura Arnaldsa kończy cykl artykułów, który od kilkunastu dni systematycznie pojawiał się w polskich portalach muzycznych. Dobre bo duńskie, MusicIs.pl, Uwolnij Muzykę, a na koniec muzykaislandzka.pl. Wyboru dokonali kolejno – Justyna, Marcin, Aga i Dawid, a szczególne utwory to: 3055, 3326, Til enda, 0048/0729, Raein, Brim, Reclaim i Lag Fyrir Ömmu. Jak się za chwilę sami przekonacie, każdy z autorów podszedł do tematu bardzo osobiście. To naprawdę wyjątkowa lista.

61206

Szczególne kompozycje wg Justyny:

3055

W dniu, w którym 3055 uderzyło mnie z całą swoją mocą, Eulogy for Evolution znałam już od niemal dwóch lat, ale wciąż nie pokusiłam się o rozróżnianie utworów po tytułach. 3055 to dla mnie przejście z głębokiego mroku, który jest w każdym z nas, który panuje również na koncertach Ólafura. Rozpoczyna się delikatnymi perełkami dźwięków fortepianu rozrzucanymi przez Arnaldsa – mistrza wyszywania muzyki na kanwie ciszy – i smutnymi skrzypcami, by wraz z mocniejszymi uderzeniami w klawiaturę można było powstać ku światłu na kolana. Wciąż nierozłącznie te smugi rozszczepionego światła kojarzą mi się z porankiem po moim pierwszym koncercie Ólafura. Ostre, listopadowe słońce, chłodne powietrze nad wrocławską fosą i ciche szczęście, że byłam w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie z odpowiednimi ludźmi. Wraz z dźwiękami skrzypiec przychodzi nadzieja na lepsze jutro. Jutro, które obrodzi szczęściem i objawi się perkusyjną burzą, gdzie krople strząśnięte z fortepianu opadają dynamicznie na ziemię, zlewają się w kałuże i dają radość, a to wszystko jakby w pełnym słońcu. Tak by zobaczyć tęczę, znaleźć nadzieję i mieć siłę powstać z własnego mroku.

3326

Ólafur Arnalds pisze muzykę dla siebie, a fakt, że potrafi ona zmienić życie słuchaczy to dla niego tylko taki gratis. Marzyło mi się, żeby usłyszeć ten utwór na koncercie. Przy całej sympatii do albumowej wersji z Rolandem Hartwellem na skrzypcach, to nie jest dokładnie to wykonanie, które chwyciło mnie za serce. Te emocje zaklęte w nutach, swego rodzaju smutek na początku, który pozwala delikatnie zatopić się w melodię skrzypiec, otula kołderką zapomnienia. Po czym następuje zwiększenie tempa i zarazem intensywności, a coraz bardziej dramatyczny obraz jest niemalże dziergany smyczkiem. Niewiele jest utworów, które poruszają mnie tak dogłębnie, że niemal czuję w trzewiach, jak formują się dźwięki. Niezwykle efektowny finał 3326 wymaga ofiary w postaci postrzępionego włosia w smyczku po brawurowym wykonaniu i słuchacza, który niemalże utracił oddech, pochłaniając tę muzykę każdym milimetrem kwadratowym skóry. Katharsis – oczyszczenie, odnalezienie nowej siły, motywacji, determinacji.

Til Enda

Całkiem niedawno zadałam sobie pytanie, dlaczego jeszcze nie posłuchałam Dyad 1909, skoro twórczość tego Islandczyka tak dużo zmieniła w moim postrzeganiu świata? Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale całym tym albumem wysłał mnie w podróż do wnętrza Ziemi. Wróciłam wywinięta na lewą stronę, wstrząśnięta i wciąż jeszcze drżąca mimo tego, że płyta się już dawno skończyła i zdobyłam się na odwagę, by otworzyć oczy. Til Enda wciąż trwało gdzieś w tyle czaszki. I trwać będzie aż do końca. Dopóki Ólafur będzie flirtował z elektroniką i rozpisywał to, co nabiera kształtów w jego głowie, na kwartet smyczkowy. By poruszać gwałtownością, niepokojem, jakąś swego rodzaju walką energii. Jeśli ma nadejść kres tego wszystkiego, to chcę słyszeć takie skrzypce do samego końca, póki nagle wszystkiego nie pochłonie jedynie świst wiatru, który zamieni się w ciszę.


Szczególne kompozycje wg Marcina:

0048/0729 (Eulogy for Evolution)

Ólafur Arnalds pojawił się w moim muzycznym świecie około 6 lat temu. Oprócz muzyki islandzkiej był to także okres mojego szczególnego zainteresowania muzyką filmową. Z upodobaniem sięgałem po kolejne ścieżki dźwiękowe, które wspaniale pobudzają wyobraźnię, gdyż jest to muzyka bardzo plastyczna i sugestywna. Wracałem tego dnia samochodem. Było późne, ciepłe i słoneczne popołudnie. Słońce chyliło się ku zachodowi. Jechałem drogą pomiędzy drzewami, które zachwycały różnokolorowymi jesiennymi odcieniami swoich liści. Wtedy po raz pierwszy w moim odtwarzaczu pojawił się krążek „Eulogy for Evolution”. Przyznam szczerze, że w tym dniu płyta ta była wielokrotnie przeze mnie odtwarzana. Nie dość, że była to muzyka islandzka to brzmiała również jak ścieżka dźwiękowa do filmu. To był mój początek z muzyką Ólafur’a. Ten album, jak i kolejne wydawnictwa tego artysty są za każdym razem wyjątkowe. W jego kolejne muzyczne obrazy/płyty przyszło mi się wsłuchiwać z tym samym oddaniem, w całkowitym skupieniu. Muzyka Ólafur’a pochłania mnie bez reszty, karmi moją wyobraźnię i myśli na swój wyjątkowy sposób. Wzrusza mnie i jednocześnie intryguje, bo niesamowite jest to, że przy takiej oszczędności dźwięków równocześnie dochodzi do tak maksymalnej eksploracji ludzkiej emocjonalności. Ólafur za pomocą nawet kilku dźwięków potrafi wywołać emocjonalną burzę. Każdy pojedynczy dźwięk trafia mocno i dokładnie w punkt, w nasze najbardziej ukryte tajemnice lub smutki. Przecież te dźwięki są delikatne i niespieszne, a trafiają z taką niezwykłą precyzją. Tych parę dźwięków potrafi powiedzieć dużo więcej niż tysiące słów.

Raein (Found Songs)

Nie da się słuchać muzyki Ólafura i nie wejść w nią. Ja się w niej zatapiam, wchłania mnie, otacza. Otwarte usta, pulsowanie w skroniach, przyśpieszone tętno, arytmia serca. Co z tego, że oczy mam zamknięte skoro i tak spod powiek przeciskają się łzy. Czuję się jakbym przebywał w sacrum. Krystaliczność tych dźwięków zawstydza swoją czystością i intymnością. Niebywała wrażliwość i dojrzałość. Doskonałość.
Działanie tej muzyki jest terapeutyczne, oczyszczające. Można ją traktować jako muzyczny podręcznik lakrymologii. Ólafur przez cudowne połączenie dźwięków pianina i partii smyczkowych nie tylko wyrywa nasze serce i duszę. On zabiera nas w nastrojową i melancholijną magiczną podróż, w której doświadczamy doznań metafizycznych. Snuje muzyczne opowieści o tęsknotach, marzeniach, pragnieniach, nadziejach i uczuciach. Ruszamy do wnętrza siebie, eksplorujemy własne emocje i myśli. Halucynogenna muzyka artysty pobudza wyobraźnię i drzemiące głęboko w człowieku emocje. Balansowanie pomiędzy delikatnością i kruchością, a mocą i siłą. Dryfowanie i swobodne opadanie po niebie, po falach z chmur i dźwięków. Odpływ i przypływ. Od smutku, poprzez nadzieję, aż do szczęścia i wzniosłych chwil.
I tak zawsze pozostaje ciągły niedosyt.

Szczególne kompozycje wg Agi:

Brim

Gdy zamykam oczy, widzę cały świat zamknięty w jednej butelce, wokół której można wciąż na nowo krążyć. Bo Islandia to taki cały świat będący tylko jedną wyspą. Gdy pojawiają się pierwsze dźwięki utworu „Brim”, nagle serce zamiera i czuć takie ciągłe oczekiwanie tego co jest i tego co będzie. Zamykam oczy i widzę nieskończoną przestrzeń, ogromną otchłań kraterów, niezwykle odległe kręte drogi i monstrualne góry, otulające swymi ramionami strudzonych wędrowców, którzy zgubili drogę i kręcą się wkoło tak jak na rondzie. Słuchając utworu, przed oczami uruchamia się paleta barw i gama zapachów towarzyszących podróży. Pytacie jakiej podróży? Oczywiście naszej podróży poślubnej. Zarówno ślub jak i podróż miała miejsce w Islandii. Tuż po samym ślubie nasi świadkowie zaskakiwali nas co rusz miłymi niespodziankami. Jedną z nich, a może nawet dwiema były płyty Ólafura Arnaldsa i Legend.
Nasze radio samochodowe ograniczało się wówczas jedynie do funkcji odtwarzania płyty oraz samego radia.  Niestety w czasie podróży w większości trafialiśmy na audycje z mniejszą ilością muzyki. Na szczęście były dwie płyty. I te dwie płyty towarzyszyły nam zawsze i wszędzie. Niekiedy było cicho, ale najczęściej szyby w samochodzie z trudem wytrzymywały decybele. W czasie przerw słuchaliśmy oddechu samej wyspy, a podczas jazdy zrozumiałam, że ten sam oddech wyspy zamknięty jest w tym małym utworze.

Reclaim

Wolność, przestrzeń, marzenia. Delikatnie kojący głos i droga. Droga aż za horyzont. Tak jakbym goniła czas, goniła marzenia. Spokojna, ufna i bezpieczna.
Bo takie bezpieczeństwo wprowadza właśnie ten utwór. Radość z podróży, z bliskości tak własnej jak i bliskości ziemi, którą można najmocniej poczuć stąpając gołymi stopami po pustych przestrzeniach. Towarzyszące w podróży elfy i trole tylko pomagały. Dodawały otuchy w chwilach zwątpienia i otwierały oczy tak szeroko, że aż trudno było unieść tyle piękna, ile wówczas świat nam ofiarował. „Reclaim” na zawsze zostanie w moim sercu. Słuchany był najczęściej w chwilach, gdy po bokach mienił się jeszcze niczym nienaruszony śnieg, a droga prowadziła nas prawie na granicy z wielką przepaścią. Pomimo tak skrajnych warunków ja ciągle czułam się bezpiecznie. Poczucie bezpieczeństwa płynęło z radia. Ten utwór należy słuchać bardzo głośno tak, aby usłyszeć własne nieharmonijne kołatanie serca wyrywające się w przestrzeń inną niż jest. Tak aby przypominało o tym, że każda zmiana rozwija nas i buduje więc nie należy się jej obawiać:)

Szczególne kompozycje wg Dawida:

Lag Fyrir Ömmu

Ólafur na kilku metrach kwadratowych własnego salonu wyczarował istną magię. To ten utwór z gatunku trafiających w czuły punkt i gęsią skórką obsypujących – w niespełna czterech minutach odnajduję całą kwintesencję mojego dzieciństwa i Babcinej miłości, której doświadczałem i wciąż doświadczam, choć dziś bardziej na odległość niestety. Kołysanki śpiewane do snu, wspólne zbieranie malin, wycinanie liter z papieru, bajki czytane na dobranoc, spacery po lesie, jej radość z najmniejszych prezentów ode mnie, nocne czuwanie przy gorączkach, ratowanie kociaków znalezionych w reklamówce oraz mnie, kiedy tego potrzebowałem, uśmiech przy porannej kawie, rozmowy o przysłowiowym „życiu”, i te łzy, za każdym razem, gdy się rozstajemy. To utwór dla mojej babci Eli, która nauczyła mnie, czym jest miłość.

Written By
More from Bartek Wilk

Muzyka islandzka w obiektywie. Florian Trykowski

Jeśli nie byliście na Iceland Airwaves lub po prostu tęsknicie za jego...
Read More

Dodaj komentarz