Múm – „Smilewound”

uuu

Co znaczy Múm?

Dla jednych może to być tylko zlepek kilku liter, dla innych jakieś bliżej nieokreślone dźwięki z dużą dozą przeszkadzajek, dla pozostałych anielskie głosy docierające jakby z przestrzeni wszechświata.
Są też tacy ludzie dla których Múm to życie, to zjawisko określające przestrzeń, czas, zdarzenia, planetę na której dano im było wylądować.

Dla mnie właśnie Múm jest takim życiem. Są zawsze tuż za mną a zarazem krok przede mną. Czasem trochę dalej, niekiedy się zbliżają na jakiś czas, tylko po to abym potem mogła się oddalić od nich na nowo, poszukać odmiennej drogi muzycznej, poczuć inne dźwięki. Niezmienne jednak jest to, że powracają do mnie zawsze.
Múm jest symbolem zmian, nowego życia, nowej rzeczywistości. Od tego wszystko się zaczęło. To oni pozwolili mi poczuć nowe smaki i zapachy. Pokazali mi jak inaczej może smakować świat i dali siłę do dokonywania przemian.
Niesamowite jest to, jak człowiek może ewoluować wraz z ich własną metamorfozą. Początkowo nie godzi się na zmiany. Pamiętam okres zaznajamiania się z albumem „Sing Along to Songs You Don’t Know”. Wielki bunt, ucieczka złość na tę inność. Powolne oswajanie się ze sobą nawzajem. Wówczas ktoś kazał mi otworzyć się na nowe doświadczenia. Tak też się stało.

Za każdym razem słuchając Múm można odnaleźć coś nowego. Ich ewoluowanie zawsze naznaczone jest nieokreśloną ścieżką. Nigdy nie wiadomo w którym kierunku teraz będą zmierzać. Z każdym albumem zaskakują ofiarowując nam nową muzyczną rzeczywistość. Dzięki czemu my też możemy rozwijać się wraz z nimi. Tak właśnie dzieję się i teraz. Jak zawsze Múm zaskoczyli.

936260_10151395735086945_1983838453_n

Na nowym albumie „Smilewound” zauważalne jest to jak zespół eksplorując świat dźwięków ciągle ewoluuje, rozwija się nie tracąc przy tym własnego charakterystycznego tylko dla siebie muzycznego ducha. Zaskakujący stał się również powrót dawnej członkini zespołu Gyða Valtýsdóttir. Opuściła ona zespół w 2002r po wydaniu albumu „Finally We Are No One”.

Obecny album swoimi dźwiękami najbardziej zbliża się do najwcześniejszej twórczości zespołu gdzie Gyða jeszcze kołysała nasze zmysły swoim ciepłym głosem. Jest to dosyć zastanawiająca zbieżność i być może nie dowiemy się czy ma to jakieś znaczenie zanim nie porozmawiamy z członkami zespołu. Niemniej jednak powrót dawnej wokalistki mógł mieć znaczący wpływ w ukierunkowaniu obecnych upodobań muzycznych członków zespołu.

Pomimo delikatnego powrotu do korzeni Múm tworzą ponownie coś w rzeczy samej odmiennego i niebanalnego. Na tym albumie jak nikt łączą oni dwie skrajności, dwa różne światy. Świat piękna, delikatności, oplatających nas swoją subtelnością krystalicznie czystych kobiecych głosów, lekkością jaką doświadczamy w muzyce z ciężarem tekstów które niekiedy stąpają na skraju ciemności. Możemy się tu spotkać z taką ciemną wewnętrzną stroną człowieka, która jest podana na porcelanowej białej tacy. I nikt by się nie zorientował gdyby nie ta skaza na filiżankach. Słowa wypowiadane w tekstach są jak te uszkodzone filiżanki, czasem nadgryzione a czasem pokrwawione przez opuszki ludzkich palców ale całość z zewnątrz nadal tworzy idealną porcelanową zastawę.

Album „Smilewound” składa się z pewnego rodzaju dwóch części. Taki podział utworzył się dość naturalnie. Pierwsza część charakteryzuje się mocniejszymi dźwiękami, większa paletą elektronicznych barw oraz pomimo charakterystycznego dla albumu szeptu mocniejszymi wokalami. W drugiej zaś części całość bardziej harmonizuje się. Dźwięki w kunsztowny sposób zaczynają współgrać ze śpiewem wokalistek, przy czym ten śpiew pomimo swej większej oszczędności staje się bardziej znaczący i wyrazisty tworząc swoisty rodzaj dopełnienia. W czasie słuchania koi nasze zmysły niebiański odgłos skrzypiec a subtelny dźwięk fortepianu głaszcze naszego ducha. Mamy również tak utęskniony powrót wiolonczeli. Bardziej niż poprzednie albumy ten obecny nabiera również większego rytmu i harmonijności.

„Smilewound” tworzy dość zgrabnie pomieszaną ze sobą mozaikę elektroniki z elementami popu, ale nadal nie można tego zakwalifikować w całości do kategorii popu. Jak zwykle wymyka się on nam poza określone ramy i tworzy swój całkiem indywidualny charakter.

1002511_10151547202776945_307319381_n

Na albumie odnaleźć możemy również bonus w formie utworu „Whistle”. Został on skomponowany przy współpracy z Kyle Minogue do filmu „Jack & Diane”. Głos Kyle bardzo pięknie wtopił się w utwór. Prawie nie odróżnia się od pozostałych wokali. „Whistle” poprzez narastającą muzykę i te znajome już dla nas odgłosy trzepoczących na wietrze skrzydeł otulonych delikatną nutą przeszkadzajek najbardziej zbliża się w swym odbiorze do utworu z sprzed lat zatytułowany „Green Grass of Tunnel” pochodzącego z albumu „Finally We Are No One”.

Artyści na nowym albumie również pierwszy raz wykonują cover, jest to utwór „Sweet Impression” grupy Hjaltalin. Nie odbiega on w swych dźwiękach znacząco od oryginału. Nabiera on jednak tu znacznie bardziej kobiecych kształtów. Brak męskiego akcentu sprawia, że staje się bardziej subtelny. Skoro jednak jesteśmy już przy męskich akcentach to nadmienić należy że męska część zespołu tym razem znacznie mniej udziela się wokalnie aniżeli wcześniej co owocuje tym iż album ten emanuje większą kobiecością.

Do ciekawostek należy również fakt, że w wyborze nazwy albumu brał udział Singri z zespołu Sin Fang.

Słuchając „Smilewood” aż trudno uwierzyć, że został on nagrany w studio zespołu, w starym gospodarstwie Baltic jak to jest określane „na stole w kuchni po kolacji oraz pośród innych miejsc”, i został wyprodukowany przez sam zespół.

Album rozpoczyna się utworem „Toothwheels” pobudzając nasze zmysły pięknie połączonymi dźwiękami pianina wiolonczeli i skrzypiec. Dopełnieniem są przeplatające się wzajemnie głosy które tak jak różne osobowości zamknięte w jednym ciele tworzą idealną całość. Żadna z nich nie wie o istnieniu drugiej a jednak wyczuwają siebie nawzajem. Snując fantazję o idealnym życiu kusząco zapraszają nas do swojego magicznego świata.

Wraz z nimi wypływamy na niewielkie jezioro gdzie wiatr w rozmachem rozsypuje płatki śniegu (Underwater snow). Tajemnicze głosy rytmicznie kołyszą naszą łodzią. W mglisty poranek pozostawiają nas samych na środku jeziora z zawilgotniałymi powiekami i mokrymi od wewnętrznego deszczu policzkami. I nagle świat zamienia się w soczyście zieloną łąkę gdzie nie ma już łez a nasze dłonie błądzą po wysokiej trawie (When girls collide). Zwalniamy(Slow down). Otuleni subtelnością próbujemy odnaleźć swoje szczątki ciała w przestrzeni. Niewinny głos głaszcze nasze włosy a delikatny podmuch jego oddechu przebiega po naszym karku. Stojąc w miejscu nasze ciało całe drży – tęskniąc czekamy…

Pobudka (Candlestick), przyszedł czas na taniec. Trochę mało zgrabny, nieco połamany, ale nogi same jednak uginają się w rytm dobiegającej muzyki. Odrobinę szaleństwa nie zaszkodzi, przecież i tak nikt nie patrzy. Pytamy co możemy im w zamian dać za ten nowy świat który nam ofiarowali (One smile) Wydawałoby się że tak niewiele mamy. Jednak jest coś co jest ważniejsze niż tysiące bogactw. Coś co jest dla nas cenniejsze od diamentów. Serce nagle przyspiesza swoje bicie, kąciki ust lekko unoszą się ku górze – jeden uśmiech, to tak mało, ale to wystarczy. Jeden uśmiech wystarczy by w zamian poznać świat kolorów i elfów (Eternity is the wait between breaths).

Przycupnąwszy na skraju lasu przy wielkim kamieniu możemy ukradkiem podglądać ich życie. W ciszy usłyszymy ich tętniącą w żyłach krew która dźwięczy jak dzwonek. I wówczas dociera do nas, że nie ma już anielskich szeptów (The colorful stabwound) jest tylko zmysłowy kobiecy głos. Dobiega gdzieś zza drzew, przyciąga jak magnez. Jesteśmy coraz bliżej, stojąc tuż na wprost wpatrujemy się w zawieszone na niebie wielkie niebieskie oczy (Sweet impressions). Oko w oko z siłą wszechświata możemy tylko szeptem wykrzyczeć to co w nas się zrodziło (Time to scream and shout). Po czym padamy zmęczeni na ziemię a do snu tulą nas skrzydła anioła. Nasza podróż po świcie magii dobiega końca (Whistle), ale on raz poznany nie zniknie, już na zawsze pozostanie w naszym umyśle.

Múm po raz kolejny udowodnili nam, że światem dźwięków można kierować w różny sposób. Odkryli przed nami całkiem nowe ścieżki rozwoju. Po raz kolejny potwierdzili hipotezę, że przy ich albumie nie da się nudzić. Zaprosili nas do swojego świata z którego nie ma już drogi powrotnej jedyne co możemy zrobić to pozostać.

 

922697_10151440984946945_171366076_n
Múm – „Smilewound”

1. Toothwheels
2. Underwater snow
3. When girls collide
4. Slow down
5. Candlestick
6. One smile
7. Eternity is the wait between breaths
8. The colorful stabwound
9. Sweet impressions
10. Time to scream and shout
11. Whistle (feat. Kylie Minogue)

 

 

Written By
More from Agnieszka K

Stacja Islandia – przygotowania

Po podjęciu decyzji o ślubie oraz chęci „umagicznienia” tej chwili w Islandii...
Read More

Dodaj komentarz