30 muzycznych wspomnień – podsumowanie muzyki islandzkiej 2014 (część 1.)

IMG_5095
fot. www.krainaobrazu.eu

To nie będzie „ranking najlepszych płyt” islandzkiej sceny muzycznej 2014 roku.

Muzyka to nie sport, gdzie wygrywa ten, który zdobył najwięcej punktów, był najszybszy, najsilniejszy, lub jeszcze jakiś inny „naj”. Dlatego nie znajdziecie tutaj gwiazdek, punktacji ani miejsc.

To jedynie kilka moich muzycznych wspomnień związanych z 30 wydawnictwami, które ukazały się w ubiegłym roku. Dlaczego 30 albumów? Jest ich znacznie więcej i to kilkakrotnie. Z góry przepraszam za to, że w poniższym podsumowaniu zabrakło wielu wspaniałych wydawnictw. Jestem tego świadomy. No ale cóż, 30 albumów to już i tak dużo, a w jeszcze większym zestawieniu w ogóle zagubilibyśmy naszą uwagę. Pokładam nadzieję w tym, że osoby zainteresowane muzyką islandzką bacznie śledzą nasz serwis muzyczny, a tym sposobem dotrą do tych pozostałych wydawnictw.

Dużo w tej muzyce wartości, dużo dźwięków, które warto usłyszeć i poczuć. Zachęcam. Posłuchaj i usłysz, a zatęsknisz za muzyką islandzką.

 

solstafir_kapak

Sólstafir – „Ótta”

W czasie swojej 20-letniej kariery i muzycznej podróży zespół przeszedł kilka zmian nie tylko personalnych, ale również w brzmieniu własnej muzyki. Piąty album Islandczyków to rzecz nagrana i zagrana w wielkim stylu! Album ambitny i przełomowy, który równocześnie brzmi niezwykle epicko! Najlepsza produkcja Sólstafir pod względem konsystencji, struktury i melodii! Esencja muzyki, która dotyka serca i duszy. Sprawia wrażenie obcowania z naturalnym pięknem natury. Dominuje oczywiście skandynawska melancholia i poczucie osamotnienia. Nieodłącznym elementem spajającym tę atmosferę jest przytłaczająco emocjonalny głos Aðalbjörn’a Tryggvason’a. Na odbiór całości zdecydowane znaczenie ma brzmienie języka islandzkiego, który potęguje tajemniczą i mistyczną aurę tej muzyki. To boleśnie piękne doświadczenie budzące głębokie emocje i rozdzierające serce. Rzecz doskonała i imponująca.

 

10671407_10153266203648266_2641940887387816950_n

Rökkurró – „Innra”

Nagrali dwa albumy, a potem przez jakiś czas było o nich cicho. Zespół zawiesił swoją działalność. Następnie pojawiały się pewne sygnały sugerujące reaktywację grupy. W końcu ukazał się nowym album i to nie byle jaki. Zmienił się skład zespołu, zmieniło się brzmienie ich muzyki, ale Rökkurró nie utracił swojej tożsamości. Zresztą zapewniam, że odkrywanie „nowego” Rökkurró to wyłącznie czysta przyjemność. Nowe kompozycje wypadają bardziej chwytliwie i niosą w sobie więcej światła niż wcześniej, ale to nadal miękka i delikatna muzyka, zwieńczona jedynym w swoim rodzaju krystalicznym głosem Hildur. Barwa jej głosu jest niebywale czysta, ciepła i soczysta, jednocześnie intrygująca i wciągająca. Jej subtelny i zmysłowy śpiew wywołuje u mnie wciąż przyjemne dreszcze. Rökkurró jako zespół rozwinął się i dojrzał instrumentalnie i wokalnie. Ich muzyka ma odpowiednio wyrafinowany smak, zachowuje szyk i elegancję. Charakteryzuje ją również duża doza piękna. Wydaje mi się, że to słowo jest jednym z lepiej opisujących ten album. Ta muzyka chwyta za serce, dlatego chciałoby się ją po prostu przytulić.

 

Low-Roar-0

Low Roar – „0”

Projekt muzyczny amerykańskiego muzyka Ryan’a Joseph’a Karazija mieszkającego od kilku lat w Islandii.Po trzech latach jakie minęły od debiutu, „amerykański Islandczyk” powrócił w pięknym stylu. Artysta w sposób mistrzowski buduje w swojej muzyce tajemniczą atmosferę i napięcie. Umiejętnie udźwiękawia ciszę i przestrzeń. Tutaj każda nuta uderza swoją nadwrażliwością. Wynikiem tego jest subtelne electro-akustyczne misterium muzyczne o nieziemskiej mocy oddziaływania. Na nowym wydawnictwie wyraźny jest progres artystyczny, kompozycyjny i aranżacyjny muzyka. Płyta „0” to głęboko szczery i intymny zapis emocji i uczuć, który zachwyca i odurza. Każda jedna kompozycja na tej płycie to klejnot sam w sobie. Wystarczy tylko zamknąć powieki i otworzyć swoje serce. Wielkie brawa należą się również za produkcję – Andrew Scheps (m.in. Adele, Beyonce, Manu Chao, Red Hot Chili Peppers, U2) i Mike Lindsay (frontman Tunng oraz Cheek Mountain Thief).

 

a1673735380_10

Oyama – „Coolboy”

Wydana w 2013 roku EPka „I wanna” zaostrzyła mój apetyt na gitarowe granie, a pełnowymiarowy album „Coolboy” choć nieco inny brzmieniowo zaspokoił w zupełności moje oczekiwania i pokładane w zespole nadzieje. No dobrze, przyznaję, przerósł moje oczekiwania. Rozwój jaki w ciągu tak krótkiego czasu zanotowała grupa jest wyraźny i niebywały. Oyama dostarcza nam muzykę, w której sprytnie zacierają się granice nie tylko między jawą a snem, ale także między shoegazem, post-rockiem, dream-popem, noise-rockiem i alternative/psychedelic rockiem. Muzycy żonglują dźwiękami i nastrojami. Pokazują, że można być kreatywnym i stworzyć sobie własną ścieżkę w gatunku rocka. Ta niejednoznaczność i „wielokierunkowość stylistyczna” islandzkiej grupy jest niesamowicie smaczna dla ucha. Zespół podkreśla swoje zamiłowania do rozmarzonych i psychodelicznych motywów oraz wprowadzania sennych melodii. „Hałas” tej muzyki jest rozkoszny. W takim otoczeniu dźwięków wspaniale odnajdują się magnetyczne damsko-męskie harmonie wokalne. Myślę, że duży wpływ na efekt końcowy płyty miał również Pétur Ben, który zajmował się jej produkcją.

 

SMEGB0008

Dimma – „Vélráð”

Nazywam ich islandzkimi królami heavy-metalu. Pamiętam, że nisko chyliłem czoła przy okazji ich poprzedniego albumu „Myrkraverk”. W obliczu nowego materiału pozostaje mi jedynie paść przed nimi na kolana. Muzycy sięgnęli do tradycji heavy-metalu/hard-rocka i tchnęli w nią świeżą energię i własne pomysły, właściwe dla współczesnego mrocznego rock-metalowego świata. Tym samym z łatwością przeskoczyli zawieszoną przez siebie wcześniej wysoko poprzeczkę. Zespół powala wybornym brzmieniem – mięsistą pracą gitar, motorycznymi riffami i wyśmienitymi solówkami, a także niebanalną inwencją w zajadłej pracy perkusji, dynamiką, melodyjnością oraz charyzmatycznym stylowym wokalem (no i teksty są po islandzku!). „Vélráð” to porywający i energetyczny album z odpowiednim drive’em i groove’m. Produkcja na najwyższym poziomie. Nie mam wątpliwości, że Dimma to rockowo-metalowa machina, która aktualnie pracuje na wysokich obrotach i tworzy nową jakość.

 

1511424_903448826348359_1029003775500863633_n

Halla Norðfjörð – „The Bridge”

Czekaliśmy długo na ten album, ale w końcu jest. Oficjalny debiut utalentowanej i pięknej singer-songwriterki. Halla potrafi czarować swoim ciepłym i aksamitnym, wręcz anielskim głosem. A robi to zupełnie naturalnie, nawet z odrobiną nieśmiałości. Jej barwa głosu i sposób śpiewania dodaje otuchy, przynosi nadzieję i daje pewne ukojenie. Artystka hipnotyzuje i wzrusza również uroczymi melodiami oraz nastrojowym, intymnym klimatem, który buduje z prostych dźwięków i złożonych emocji. Jej muzyka odpowiednio współgra z ciszą. To właśnie z niej wydobywa emocje o nieprawdopodobnej sile i głębi. Każdy zagrany tutaj dźwięk, uderzenie w strunę gitary, czy chociażby tylko jej muśnięcie powoduje trącenie naszych emocji i przywołuje określone wspomnienia. „The Bridge” przynosi muzykę o refleksyjnym i wyciszającym charakterze, atmosfera tej płyty jest eteryczna i magiczna. W niej zawiera się kobieca delikatność, romantyzm i smutek, ale taki emanujący spokojem i ciepłem. To prawdziwe piękno, które nie wymaga komentarza.

 

1555308_10152258017405086_210738452_n

Skakkamanage – „Sounds of Merrymaking”

Piękne ukoronowanie 10-cio lecia istnienia zespołu. To niezwykłe, kiedy pomyślę, że początkowo był to jedynie dwuosobowy projekt powołany do życia w zasadzie dla zabawy, choć podparty uczuciami miłości i przyjaźni. Dodatkowo przez 6 ostatnich lat zespół zrobił sobie przerwę wydawniczą. Tym bardziej cieszy mnie ich powrót i trzeci album. Nowe kompozycje Skakkamanage mają konkretne organiczne brzmienie. Duże brawa należą się też za produkcję – Gunnar Örn Tynes (z Múm). Trzeba przyznać, że nowy album Skakkamanage jest zjawiskowy. Uwielbiam taki rodzaj gitarowej eksploracji nostalgii i melancholii jaki prezentują muzycy. To poczucie zdrowej nostalgii, z zachowaniem delikatnego posmaku nadziei i z pozytywnym oddźwiękiem. Nie często udaje mi się odnaleźć w muzyce tak specyficzny i niepowtarzalny klimat, dodatkowo przyobleczony w formę tak znakomitych piosenek. A omawiane wydawnictwo dostarcza wielu takich wspaniałości. Atmosfera tej muzyki wzbudza tęsknotę za beztroskim dzieciństwem, niespełnionymi marzeniami i obietnicami, za ciszą, spokojem, oczekiwaniem na pierwsze promienie słońca. „Sounds of Merrymaking” to majstersztyk, na którym z pozoru prostymi środkami wyrazu udało się stworzyć piękne melodie oraz niepowtarzalną i pasjonującą atmosferę. Jestem tym wydawnictwem głęboko wzruszony.

 

a0771328493_10

Puzzle Muteson – „Theatrics”

Solowy projekt angielskiego singer-songwritera Terry’ego Magson’a. Trzy lata temu będąc w Islandii zachwycaliśmy się z żoną jego debiutem. Nowe wydawnictwo to rzecz równie udana co poprzednik. Album jego dopełnieniem dotychczasowej twórczości artysty, a równocześnie nadaje jego muzyce nowego wymiaru. Muzyka Puzzle Muteson to intymny świat dotykający emocji i najgłębszych zakamarków duszy, w którym trudno obronić się przed wspomnieniami, tęsknotami i pragnieniami. Na szczególną uwagę i wyróżnienie zasługuje emocjonalne zaangażowanie artysty w swoje kruche melodycznie kompozycje. Jego drżący baryton potrafi do głębi przeszyć każde serce. Zawartość „Theatrics” nie pozostawia wątpliwości, że słuchamy dzieła osobistego i poruszającego. To klimatyczna muzyczna poezja mieniąca się odcieniami melancholii, która brzmi dostojnie i przepięknie. Przepełniona tajemnicą, ciepłem i jakąś baśniowością. Pozostaje niewinna, czysta, uwrażliwiona i co najważniejsze o naturalnym uroku. Warto dodać, iż podczas nagrań artyście pomagali Valgeir Sigurðsson i Nico Muhly.

 

okl_okl_45128

Samaris – „Silkidrangar”

Muzyka tej grupy wymyka się konwencjom. Zespół przekracza nie tylko granice gatunków muzycznych, ale także granice naszych zmysłów. Ujmuje i intryguje mnie mroczna, niepokojąca, a nawet paranoidalna atmosfera tej muzyki. Kwintesencja piękna i tajemnicy nocy. Pomimo jakże pozornych ograniczeń – bo to „tylko” klarnet, podkłady elektroniczne i głos Jófríður Samaris tworzy brzmienie, którego paranormalna estetyka przyciąga też jakąś etniczną kosmicznością. Delikatna, zatopiona w półśnie triphopowa elektronika łączy elementy downtempo, post-dubstep, chill-out i trance, stanowi muzyczny szkielet, wokół którego krążą unikalne i magiczne dźwięki klarnetu. Dodatkowo przestrzeń wypełnia eteryczny głos wokalistki. Niewątpliwym pozostaje fakt wpływu Islandii na twórczość zespołu. Tak jego krajobrazu jak również kultury i tradycji. Widoczne jest to w tekstach, w całości wykonywanych w języku islandzkim, które czerpią z klasycznej literatury islandzkiej, między innymi z XIX-wiecznej poezji oraz starych pieśni.

 

KNGMM133CD

Óbó – „Innhverfi”

Solowy projekt multiinstrumentalisty i wokalisty Ólafur’a Björn’a Ólafsson’a. Po wieloletnim funkcjonowaniu na scenie muzycznej i współpracy z innymi muzykami (m.in. z Sigur Rós, Jónsi), artysta zdecydował się na wydanie swojego własnego albumu. Óbó bez skrępowania korzysta ze swojego doświadczenia i zamiłowania głównie do muzyki filmowej, ale również do innych stylistyk muzycznych np. muzyki neoklasycznej, jazzowej, post-rockowej i alternative folk. Jego kompozycje mają postać wielowymiarowych i otwartych konstrukcji. Jedne obleczone są w minimalistyczne, kameralne i miniaturowe formy, inne rozwijają się z iście orkiestrowym (filmowym i panoramicznym) rozmachem. Interesujące jest to, że „Innhverfi” nie odkrywa się przed nami w całości od razu. Intryguje skrywanymi w sobie tajemnicami. Tutaj nie ma zbędnych ani niepotrzebnych dźwięków. Muzyka wymaga od nas czasu i skupienia uwagi. W kontraście do tak misternie utkanej muzyki pozostaje głos Óbó. Wykonywane ciepłym barytonem melorecytacje są powolne, spokojne i wyraźne. W sposób wręcz hipnotyczny wciągają nas w osobliwy klimat muzyki. To dowód niewątpliwego talentu Óbó, nie tylko jako instrumentalisty, ale także jako kompozytora i aranżera. Czekam na kolejną propozycję.

 

tumblr_static_2jp7nhnlphic4wo88skoggggw

Ólöf Arnalds – „Palme”

Islandzka folkowa pieśniarka, znana nie tylko z charakterystycznego i zapadającego w pamięć głosu, ale również z tworzenia na swoich albumach niebywałej i unikalnej atmosfery. Nowe, czwarte już wydawnictwo to kolejny dowód i potwierdzenie tego, że ta artystka to rzadki i uroczy talent, nie tylko na gruncie słodko gorzkiego folk popu, ale w ogóle muzyki. Album „Palme” wciąga z ogromną siłą w wyrafinowany i kruchy świat. Jej kompozycje emanują magicznym blaskiem nostalgii, romantycznej tęsknoty i nadnaturalności. Głos Ólöf sprawia wrażenie lekkości i nieziemskości, wprost jakby pochodził spoza tego świata. Islandka wzrusza, czaruje i hipnotyzuje jakby śpiewała swoją duszą. To cudowna, zjawiskowa, głęboko przejmująca płyta. Perfekcyjne połączenie melancholijnej alienacji z kobiecą emocjonalnością. Przy okazji tego wydawnictwa nie można pominąć faktu współpracy artystki z Gunnar’em Örn’em Tynes’em (z Múm) i Skúli’m Sverrison’em.

 

1962603_620761851306019_1192236944_n-Kopia

Different Turns – „If you think this is about you… you´re right”

Electronic alternative rock? Daje to pewne pojęcie o ich twórczości, ale nie wyczerpuje palety brzmień po jaką sięgają Islandczycy. Ten zespół to hybryda gatunkowa, którą cechuje płynne i sprawne balansowanie pomiędzy stylami. Doświadczymy tutaj epickiego rozmachu i muzyki progresywnej, wielowarstwowości instrumentów gitarowych, odrobiny elektroniki i syntezatorów, mocnego rockowego uderzenia i post-rockowej przestrzeni filmowej, indie rockowej melodyjności, różnorodności stylistycznej i łączenia gatunków, przejmującego smutku i subtelnej melancholii. Wszystko jest wyważone i stylowe. Aranżacje prezentują się wybornie. Muzyka rozbraja pomysłowością i sposobem wykonania. To album koncepcyjny, w którym każdy utwór jest świetnie zrealizowanym pomysłem, zaś cała płyta dziełem gruntownie przemyślanym i z wciągającym klimatem. Obcowanie z tą muzyką przypomina wędrówkę przez labirynt – nigdy nie wiadomo co się za chwilę wydarzy.

 

ERATP062_cover_index

Kiasmos – „Kiasmos”

Elektroniczny projekt Ólafura Arnaldsa i Janusa Rasmussena (Bloodgroup, BYRTA). Czy można stworzyć taneczną muzykę w klimatach minimalistycznego techno? Można! Potrzeba tylko odpowiedniej wyobraźni, talentu i umiejętności. A tych przymiotów temu duetowi nie brakuje. To muzyczny impresjonizm tworzony przy pomocy żywej perkusji, partii smyczkowych i fortepianu, zgrabnie opakowany w elektroniczne/ambientowe brzmienia i bity. Album ze wszech miar jest fenomenalny. Muzyka piękna, ciepła, a jednocześnie surowa. Materiał brzmi klarownie i przestrzennie. Jest wytworny, wielopłaszczyznowy i emocjonalnie rozgrzewający. Nikt wcześniej tak pięknie nie połączył neoklasyki z minimal techno.

 

a3329511281_10

VAR – „VAR”

To „jedynie” EPka, 6 utworów i pół godziny muzyki, ale za to jakiej. Całość prezentuje się bardzo eklektycznie i onirycznie. Ta muzyka unosi się ponad ziemią, delikatnie płynie w powietrzu. Jest w niej coś mistycznego i metafizycznego. Czarujący klimat i niezwykła subtelność. Muzyka VAR oparta jest w dużej mierze na post-rockowym i dreamy-ambientowym szkielecie. Islandzka dusza muzyków wplata w te dźwięki nutkę melancholii i rozmarzenia. Kompozycje przenikają głównie leniwe melodie, przestrzenne gitary, syntezatorowe pasaże oraz iście eteryczny i emocjonalny wokal, który dostatecznie odzwierciedla płynące z muzyki emocje. Do tego trzeba dodać również subtelne elementy elektroniczne, wyraźną perkusję oraz partie skrzypiec. VAR to przykład jednego z tych zespołów (nielicznych), którym komponowanie rzeczy pięknych zdaje się w ogóle nie sprawiać trudności. Z niecierpliwością czekam na album długogrający.

 

mono-town-in-the-eye-of-the-storm

Mono Town – „In the eye of the storm”

Epicki post brit-pop. Ta płyta uderza w nas swoją szlachetnością i filmowym rozmachem. Ciekawe zagrania gitarowe zostały wzbogacone orkiestrowymi partiami instrumentów smyczkowych i klawiszowych. Wielowarstwowość kompozycji i szeroki wachlarz dźwięków, nastrojów i tematów, spina w całość strumień wyrazistego wokalu. Melodyka harmonii wokalnych jest powalająca. Płyta ma bardzo inteligentną konstrukcję i wyjątkowe brzmienie o pewnej nieokreślonej melancholijnej nucie. Całość dowodzi niesamowitego geniuszu i ogromnej wrażliwości muzyków. Rewelacyjny i poruszający debiut.

 

 

do usłyszenia wkrótce…