Muzyka islandzka w 2018 roku – podsumowanie

Pewnie zastanawiacie się czym żyła muzyczna Islandia w 2018 roku? Jakie wydarzenia wstrząsnęły islandzkim życiem kulturalnym, które płyty zasłużyły na miano najważniejszych? Zebrałem dla Was najistotniejsze wg mnie wydawnictwa muzyczne i prasowe, starając się podsumować 12 długich miesięcy z życia muzycznej Islandii. W tym roku muzykaislandzka.pl ograniczyła nieco swoją aktywność, dlatego praca nad tekstem podsumowującym ten czas była dla mnie wreszcie okazją do krótkiego zrecenzowania najważniejszych albumów. Bez zbędnej słownej waty, przedkładając jakość nad ilość zestawiłem to, czym dla mnie osobiście była w tym roku muzyka islandzka.

ARTYSTA

Mój subiektywny przegląd wydarzeń 2018 roku postanowiłem zacząć od wydarzenia najsmutniejszego. 9 lutego 2018 r odszedł Jóhann Jóhannsson.

Jóhann Jóhannsson, foto: Bartek Wilk
Jóhann Jóhannsson, foto: Bartek Wilk

W przypadku tego artysty nie waham się użyć takich określeń, jak wybitny, fantastyczny czy niepowtarzalny. Taki właśnie był. Jego kompozycje – zarówno te, stworzone do obrazów filmowych, jak i powstałe z potrzeby serca i z myślą o własnych albumach, do dziś wywołują dreszcze. Niezaprzeczalny i przeogromny był jego wkład w fundamenty islandzkiej muzyki elektronicznej i filmowej. Pamiętać go będę, jako człowieka niezwykle skromnego, a przed oczami wciąż mam widok Jóhannssona, w czarnym płaszczu, z czarną aktówką, wychodzącego wolnym krokiem z hali ICE w Krakowie tuż po swoim koncercie. Przez nikogo niezatrzymywany, może nawet nierozpoznany, jakby wtopił się w tłum ludzi, którzy chwilę wcześniej burzą oklasków nagradzali jego Mszę Dronową. Śmierć Jóhannssona była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. W 2018 roku często sięgałem do jego dyskografii, choć już z zupełnie innym podejściem i dużo większą uwagą. Jedno jest dla mnie pewne. W przypadku tego artysty nie da się powiedzieć, że odszedł niedoceniony. Nagrody, które zdobywał – on sam, jak i filmy, do których muzykę tworzył (pierwszy islandzki laureat Złotego Globu, dwie nominacje do Oscara) – są dowodem wielkiego uznania. Niezwykle żywa jest też pamięć o Jóhannssonie, podtrzymywana przez jego przyjaciół (m.in. 12 Tónar), ale także przez rodzinę i współpracowników, których staraniem powołano The Jóhann Jóhannsson Foundation.

ALBUMY

Z całego mnóstwa islandzkich albumów 2018 roku postanowiłem wspomnieć tylko kilka. To te płyty i epki, które miały dla mnie szczególne znaczenie.

aYia – aYia
5 out of 5 stars

Pierwszą z nich jest aYia. Na ich album czekałem w tym roku najbardziej i chyba też najdłużej. Bo pierwszy utwór aYia pojawił się w okolicach października 2016 r. w ramach cyklu Hvalreki, pod szyldem Bedroom Community. Od tamtego czasu, czyli od kawałka Water Plant minęły jakieś dwa lata. Płyta wydana została 16 listopada 2018 r. i jest zbiorem 9 utworów, a jednocześnie dowodem niesamowitego muzycznego kunsztu trójki, w składzie Ásta Fanney, Kári Einarsson i Kristinn Roach. Dobrze się ich słuchało w wersji cyfrowej, ale tegoroczne dwukrotne spotkanie z aYia twarzą w twarz (jedno przypadkowe – na ulicy w Rvku, drugie już zupełnie świadome – podczas krakowskiego koncertu, 25 maja) utwierdziło mnie w przekonaniu, że to jeden z najlepszych obecnie projektów na islandzkiej scenie. aYia to zespół, który nie tylko brzmi, to artystyczny zamysł, świadoma droga ludzi, którzy konsekwentnie i bez pośpiechu realizują swoją pasję. W najlepszym wydaniu i w najlepszej wytwórni. Więcej na temat zespołu i albumu w mojej recenzji – tutaj.

SEINT – The World Is Not Enough
5 out of 5 stars

Bezpośrednie spotkania z artystami czy też kontakt z ich muzyką na żywo sprawia, że zaczynam patrzeć na nich z innej perspektywy. Bywa różnie, relacja staje się bardziej osobista, muzyka trafia głębiej lub wręcz przeciwnie – pojawia się jakaś niewypowiedziana bariera. W przypadku SEINTa rzeczywistość przekroczyła moje wyobrażenia. Znałem i ceniłem jego twórczość dużo wcześniej. Kiedy w 2017 roku usłyszałem świetny album Post Pop / Last Day With Us nie wiedziałem o Josephie zbyt wiele. Rok później, na długo przed premierą The World Is Not Enough miałem okazję posłuchać tej płyty w jego domowym studio. Wrażenie było piorunujące. Dawno nie słyszałem tak dobrej płyty, napełnionej tak wielkim ładunkiem emocjonalnym. SEINT to tylko jedna z muzycznych twarzy Josepha Cosmo Muscata, a jego background na islandzkiej scenie sięga sceny hardcore. To co zrobił na The World Is Not Enough zasługuje na wielki szacunek, mam nadzieję, że tym albumem otworzy sobie wszelkie drzwi i wypłynie na szerokie wody nie tylko na Islandii. To album nowoczesny, szczery i prawdziwy, dopracowany w każdym szczególe, pełen smakowitych detali i cholernie dobrze brzmiący. SEINT jest dla mnie kwintesencją tego, co dzieje się w muzyce na Islandii. Wbrew trendom, bez prób kopiowania kogokolwiek, z potrzeby serca, a nie dla pieniędzy i poklasku powstają projekty, utwory, albumy – takie jak ten. Mam nadzieję, że podobnie, jak w przypadku JFDR, Vök czy i innych, nadejdzie w końcu czas SEINTa. Jemu, Wam i sobie życzę wielu okazji do spotkania na koncertach gdzieś w Europie.

Liminal
5 out of 5 stars

Jedną z głównych pozycji wśród najczęściej słuchanych przeze mnie nagrań w tym roku jest seria Liminal. Choć to nie płyta, a elektroniczny mixtape nie mogłem go tutaj pominąć. W zasadzie każda z trzech serii Liminal jest dla mnie ważna, ale przyznam, że druga i wydana na początku roku trzecia część (Tónandi – sygnowana przez Sigur Rós) są dla mnie najistotniejsze. W recenzji albumu Frakkur wspominałem o moich obawach, co do przyszłości Sigur Rós, w związku z czarnymi chmurami, które w 2018 roku pojawiły się nad zespołem. Liminal i zaangażowanie grupy we współpracę z Magic Leap są dla mnie jednak dowodem na to, że Sigur Rós mają się dobrze i ciągle z odwagą patrzą w przyszłość. Przed Liminal nie wiedziałem co to takiego Magic Leap. Dziś wiem już czym zajmuje się ten amerykański startup i podobnie jak Jónsi i Goggi widzę sens w łączeniu muzyki z rzeczywistością rozszerzoną. Ok, ceny i dostępność urządzeń Magic Leap ograniczają moje możliwości poznania tych doświadczeń osobiście, ale jestem w stanie wyobrazić sobie moc takiego połączenia i pozazdrościć doznań tym, którzy ich doświadczyli. Na tę chwilę wystarczy mi muzyka. A seria Liminal to kilka godzin fantastycznych dźwięków – zremiksowanych, znanych już utworów, wśród których są Varúð, Untitled 6 i 7 czy Ísjaki (Sigur Rós), Boy 1904 (Riceboy Sleeps) i The Harbinger (Julianna Barwick). Ale są też i nowe. I tu szczególnie interesujący jest Liminal 3 sygnowany w całości przez Sigur Rós i zawierający ich nowe utwory. Cieszy mnie kierunek, w którym podąża duet wspierany przez Kjartana Holma. Islandczykom zawsze blisko było do ambientu. Otarli się o niego na albumie Valtari, który jednak stworzony został ze skrawków materiału powstałego przy innych okazjach. Tym razem wybór muzycznego kierunku był świadomy. Zespół przygotowywał nas do niego od pierwszej części Liminal. W Tónandi panowie wzięli na warsztat zarysy nowych utworów, a także część niewydanych i niepublikowanych dotąd ścieżek. I żeby była jasność, nie była to praca zamknięta wyłącznie w czterech ścianach studia. Materiał grają też na żywo, o czym świadczy ich ostatni występ w Los Angeles. Gdyby tak odważyli się ruszyć w ambientową trasę…

Snorri Hallgrímsson – Orbit
5 out of 5 stars

W zestawieniu najlepszych islandzkich albumów 2018 roku nie mogło zabraknąć przedstawiciela jednego z moich ulubionych gatunków – neoklasyki. Snorri Hallgrímsson był dla nas wyjątkowo szczodry – w czerwcu ukazał się pełny album zatytułowany Orbit, a w listopadzie krótka płytka Orbit Reworked, na której utwory Hallgrímssona zagrali zaproszeni goście. Być może wielu zdziwi mój wybór, bo przecież w tym roku mistrz gatunku, Ólafur Arnalds wydał swój kolejny album (Re:member). Jednak w tym przypadku zaryzykuję twierdzenie, że uczeń, jeśli nie przerósł swojego mistrza, to z pewnością wyszedł z jego cienia i stanął w pełni zasłużenie w blasku reflektorów. Snorri to świetny kompozytor i wspaniały multiinstrumentalista. Orbit pokazuje pełnię jego kunsztu i bogate doświadczenie, jakie zebrał przez ostatnie lata. Przygodę z muzyką zaczynał jako gitarzysta klasyczny, potem pojawiła się miłość do muzyki filmowej. Ukończył Islandzką Akademię Sztuki na wydziale kompozycji, a potem Berklee College of Music na kierunku muzyki filmowej. Bez wątpienia to jedna z nadziei młodego pokolenia islandzkich kompozytorów. Cieszy też fakt, że Hallgrímsson już na początku swojej wydawniczej drogi trafił pod zacne skrzydła fantastycznej wytwórni Moderna Records. Dzięki temu mogliśmy poznać wspomnianą już EPkę – Orbit Reworked, na której zagrali Slow Meadow, Peter Gregson, Luke Howard i Tom Adams (ten ostatni pojawił się dzięki uprzejmości Kowloon Records). Orbit to absolutny ‚must have’ tego roku. To płyta, która potrafi ukoić. Piękny album łączący delikatne dźwięki smyczków i elektronicznych beatów. Co ważne, Snorri nie tylko skomponował i wyprodukował całość, wspólnie z Jeleną Ćirić napisał też teksty i sam je zaśpiewał. To album, w którym mocno czuć stylistykę muzyki filmowej, rozbudza wyobraźnię i z zakamarków pamięci przywołuje obrazy… Fantastyczny debiut.

Illuminine – #3
5 out of 5 stars

Dobrze wiecie, że określenie ‚muzyka islandzka’ ma dla mnie znaczenie o wiele szersze niż kryteria geograficzne. To nie tylko albumy nagrane przez Islandczyków, to także te nagrane na Islandii bądź inspirowane Wyspą i jej klimatem. W tej szerokiej kategorii mieści się kolejny ważny album tego roku. Illuminine #3. Kevin Imbrechts – tówrca projektu, pochodzi z Belgii i tam też nagrywa. Kilka lat temu, zafascynowany produkcjami studia Sundlaugin wysłał swój materiał do Birgira Jóna Birgissona, naczelnego producenta studia Sigur Rós. Chwilę później Biggi zaprosił Kevina do Mosfellsbær i zaproponował zmiksowanie utworów. Tak zaczęła się wspaniała współpraca, która trwa do dziś. 3 listopada Kevin wydał pod szyldem Illuminine swój trzeci album zatytułowany #3 – zbiór 13 utworów, które artysta nazywa swoim duchowym dzieckiem. To kolejna w moim zestawieniu ambientowa pyta. Choć może nazwałbym ją raczej muzyką kontemplacyjną. Syntezatorowe przestrzenie poszerzone są jednak o brzmienia gitar akustycznych i smyczki. Jak zawsze, na płytach Illuminine pojawiają się także wokale. Tym razem gościnnie zaśpiewała Hannah Corinne, mieszkająca i tworząca na Islandii.

Mighty Bear – Einn
4 out of 5 stars

Muzyka islandzka 2018 to także kilka innych, ważnych dla mnie albumów i EPek. Choćby Mighty Bear z płytką Einn. Artysta tajemniczy a jednocześnie bardzo charakterystyczny. 4 utwory wydane na małej EPce wzbudziły moje zainteresowanie. Świeże podejście do elektroniki, nieprzeciętny image i dbałość o stronę wizualną sprawiają, że daję Mighty Bear kredyt zaufania i z ciekawością czekam na rozwój wydarzeń z jego udziałem.

Special-K – I Thought I’d Be More Famous by Now
4.5 out of 5 stars

Waszej uwadze polecam też pierwsze solowe wydawnictwo Special-K czyli Katrín Helga Andrésdóttir. Płyta nazywa się I Thought I’d Be More Famous by Now. Katrín eksplorowała wiele artystycznych pól – od teatru, przez taniec, sztuki wizualne po muzykę. Jest współzałożycielką Reykjavíkurdætur i Kriki, wspierała też Sóley na trasie koncertowej. Droga do solowego projektu była więc długa. Nie spodziewajcie się jednak naśladowania czegokolwiek, z czym miała wcześniej do czynienia. Special-K to projekt wyjątkowy. 12 utworów, 31 minut, posłuchajcie a zrozumiecie.

Örvar Smárason – Light Is Liquid
5 out of 5 stars

W maju tego roku swoim solowym albumem zadebiutował artysta, który od 20 lat znany jest na islandzkiej scenie muzycznej i daleko w świecie. Örvar Smárason to człowiek legenda – twórca múm i FM Belfast, niezwykle twórczy i sympatyczny. 8 popowo-elektroniczych utworów, które sam napisał i wyprodukował znalazło się na albumie Light Is Liquid. Örvar daje nam album, na którym w zadziwiającą łatwy sposób łączy brzmienia znane z múm ze świeżym podejściem, wręcz zabawą ze swoją nową muzyką. Zapytany o to, skąd po tylu latach wciąż czerpie inspiracje, Smárason odpowiada, że tworzenie muzyki zupełnie go pochłania. Do tego stopnia, że kiedyś, po napisaniu jednego z utworów na Light Is Liquid wsiadł do samochodu i dotarło do niego, że zapomniał jak się nim kieruje. W jego przypadku świetnie sprawdza się więc mieszanie wszystkiego… Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko, że większość z utworów na debiutanckim albumie powstała na przestrzeni ostatnich kilku lat, jeszcze przed projektem Team Dreams, współtworzonym z Sóley i Sin Fangiem.

Indridi – ding ding
4.5 out of 5 stars

Okazuje się że maj 2018 był wyjątkowo płodny, bo oprócz Örvara nowy album wydał też Indridi (Indriði Arnar Ingólfsson). Były gitarzysta hardcore’owego Muck eksploruje nowe songwriterskie tereny. Ale zabarwia je charakterystycznym dla siebie brudnym, surowym brzmieniem. Drugi w swojej dyskografii album, ‚ding ding’ Indriði nagrywał między Reykjavikiem i Berlinem. Do współpracy zaprosił wielu świetnych muzyków – Alberta Finnbogasona, Tumiego Árnasona i udzielającego się w dziesiątkach najlepszych islandzkich zespołów, perkusistę Magnúsa Trygvasona Eliassena. Poruszający się w stylistyce gdzieś pomiędzy Sun Kil Moon a Dinosaur Jr, Indriði bierze na warsztat ciężkie tematy – śmierć, depresję, miłość czy używki. Jest przy tym bezkompromisowy i szczery do bólu. ding ding nie jest pozycją łatwą, dlatego album polecam raczej fanom muzyki alternatywnej.

Kira Kira – Alchemy & Friends
5 out of 5 stars

Zmieniając kompletnie klimat sięgnę jeszcze po album, który ukazał się początkiem roku. Kira Kira i Alchemy & Friends to dla mnie przejście do innego, bajkowego świata. Artystka przyzwyczaiła nas do muzycznych eksperymentów, kompozycji, które niekoniecznie przyjmowały formy piosenek, utworów opartych bardziej na dźwiękach niż melodiach. Tym razem jednak album wypełniają melodie, w wielu miejscach uzupełnione pięknymi wokalami i tekstami. To płyta bardzo nastrojowa i melancholijna, na której elektroniczne dźwięki Kristín świetnie uzupełniają żywe instrumenty, nie tylko smyczkowe. Ta płyta, to swego rodzaju hołd oddany przyjaciołom – im poświęcona i wspólnie z nimi nagrana. Kira Kira wspomina o… 46 przyjaciołach, którzy nie tylko zagrali ale i zaśpiewali na Alchemy & Friends!

Gyda – Evolution
5 out of 5 stars

I jeszcze jeden, ostatni album na mojej liście najlepszych wydawnictw 2018 roku. To Gyda i Evolution. Płyta zawierająca jej oryginalne kompozycje, zarejestrowane podczas 10-dniowej sesji nagraniowej w Nowym Jorku. Powstała w niemal rodzinnej atmosferze współpracy z artystami skupionymi w wytwórni Figureight. Gościnnie pojawiają się więc Albert Finnbogason (to znów on!), Aaron Roche, Úlfur Hansson i Julian Sartorius. Nad nagraniami czuwali Shahzad Ismaily i Alex Somers. Evolution to album, który powstał bez wysiłku. Dla Gydy był to zupełnie nowy i zaskakujący proces, który przebiegał własnymi ścieżkami. Praca nad płytą wcale nie szła tak, jak chciała tego artystka – właściwie podążała za utworami poddając się im. Bez wysiłku, bez krwi i potu. Wiolonczela Gydy i jej głos zawsze brzmią fantastycznie. Smyczki wirują, elektronika przejmuje dolne rejestry a głos z wdziękiem wypełnia przestrzeń po czym cichnie. Jej kompozycje są jednocześnie delikatne i potężne. W muzyce Gydy wciąż słychać (i zapewne zawsze już tak będzie za sprawą jej głosu) charakterystyczne echa múm. Evolution jest jednak albumem niezwykle melodyjnym. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na eksperymenty. Kompozycje niemal filmowe, wgniatające w fotel, przeplatają się z utworami o strukturze piosenek, których melodie i refreny z łatwością wpadają w ucho. To album zupełnie inny od poprzedniego, Epicycle. Zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze. To również pierwsza płyta wydana nie jak do tej pory pod pełnym nazwiskiem, a pod krótszym pseudonimem – imieniem. Po prostu Gyda. Jeśli chcielibyście kiedyś oczarować kogoś islandzką magią, to włączcie Evolution…

KSIĄŻKI I PRASA

Ale to jeszcze nie wszystko… W końcu nie samą muzyką żyje człowiek. 2018 rok przyniósł też kilka ciekawych wydawnictw książkowych i prasowych. Nie byłbym sobą, gdybym o nich nie wspomniał.

Wyspa – Sigríður Hagalín Björnsdóttir
5 out of 5 stars

Na początek Sigríður Hagalín Björnsdóttir i jej Wyspa. Okrzyknięta najważniejszą islandzką książką ostatnich lat. Jest w tym zapewne trochę przesady, choć rzeczywiście Wyspa jest książką niezwykle aktualną. Björnsdóttir zmusza do refleksji nad tym, czego tak naprawdę powinniśmy się obawiać. Czy zagrożeniem są imigranci (do których zresztą Islandia zawsze wyciąga pomocną dłoń), czy też raczej powinniśmy bać się tych, którzy wykorzystując okazję dążą do izolacji od świata i wydobywają z ludzi najgorsze instynkty? Dla mnie tytuł książki jest przenośnią, bo to nie morza i oceany odcinają od siebie lądy i ludzi. Historia opowiadana przez Björnsdóttir dzieje się na Islandii, ale Wyspę można stworzyć w każdym miejscu i czasie.

Reykjavik On Stage #3 i #4
5 out of 5 stars

Tego roku nie próżnowała też islandzka prasa muzyczna. Choć wydawany dotychczas w formie kwartalnika magazyn Reykjavik On Stage zmienił formułę i ukazał się w dwóch półrocznych numerach (#3 i #4), to w mojej subiektywnej opinii jego wysoka jakość estetyczna i merytoryczna jeszcze się podniosła. Cóż, doświadczenie zbierane na polu wydawniczym przynosi widoczne efekty. Magazyn prezentuje się wyśmienicie – i niech Was nie zmyli czarno-biała forma okładek. To wydawnictwo z najwyższej półki pod względem jakości druku, estetyki i treści. Z numeru na numer poszerza się zacne grono fotoreporterów, a zdjęcia Marcusa Getty sprawiają, że niemal czuć w powietrzu atmosferę koncertów Iceland Airwaves. Rośnie też spory już, międzynarodowy zespół redakcyjny, który swoją jasną wizją trzyma w ryzach pomysłodawczyni tego przedsięwzięcia – Justyna Wilczyńska. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji wziąć Reykjavik On Stage do rąk, koniecznie po niego sięgnijcie. Magazyn dostępny jest we wszystkich sklepach muzycznych w Reykjaviku, w sieciach prasowych w Wielkiej Brytanii, zamówicie go też do Polski poprzez Internet. Numer czwarty ukzał się tuż przed świętami, jest więc świeży i pachnący farbą drukarską. Ponieważ sam jestem dość mocno zaangażowany w powstawanie magazynu cieszę się ogromnie, że tytuł zdobył już spore uznanie i stał się pozycją, na której kolejne wydania fani muzyki islandzkiej na świecie czekają z niecierpliwością.

More from Bartek Wilk

Björk po polsku w Składzie Butelek!

O tym projekcie usłyszałem już jakiś czas temu. Pomysł fantastyczny – koncert...
Read More