HEIDRIK: o Polsce, nowym albumie i swojej sztuce

HEIDRIK to wszechstronny farerski artysta, mieszkający i tworzący na Islandii. Poznać jego artystyczną wrażliwość mogliście już przy okazji teledysków Eivør, Byrta czy Bloodgroup. Z wykształcenia reżyser, zazwyczaj łączy w swoich dziełach muzykę i klimatyczny obraz, a jego czarujący album Funeral, który ukazał się na Islandii we wrześniu ubiegłego roku, zostanie wydany nie gdzie indziej, ale w Polsce już w październiku dzięki niezależnej wytwórni FONOBO.

Co przywodzi ci na myśl Polska?

Moich szalonych wspaniałych przyjaciół z Polski [śmiech]. Prócz tego, rzecz jasna, przychodzi mi na myśl historia Polski, tak dramatyczna i bogata, to, co się wydarzyło przed i po wojnie i w czasach komunizmu. Generalnie bardzo pociąga mnie historia. Polska jest ciekawym krajem dla obcokrajowców. Dużo wokół niej nieporozumień i uprzedzeń. Byłem naprawdę szczęśliwy, przyjeżdżając do Polski i widząc wszystko na własne oczy i wyrabiając sobie własne zdanie zamiast polegać na stereotypach i cudzych opiniach. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Wydaje mi się, że Warszawa będzie nowym Berlinem. Jest tania, fajna i łatwo się do niej dostać.

[Z ekscytacją:] Ooch! Disco-polo! Uwielbiam disco-polo, jest niesamowite. Jestem totalnie oczarowany przez te teledyski. Są mi takie nieznane. Ubóstwiam je, bo są absolutnie dziwaczne. To taki zdumiewający koncept, którego ani trochę nie rozumiem. Są świetne, te wszystkie dziwne piosenki i teledyski. Poważnie! Sam chcę zrobić takie video.

Pytam, bo twój drugi album pt. Funeral zostanie wydanie wkrótce w Polsce. Jak to się stało?

Cóż, to może drugi album, ale pierwszy, który został wypuszczony na międzynarodowy rynek. Nagrałem tę płytę tutaj na Islandii i za bardzo niczego się nie spodziewałem. Po prostu ją wydałem i byłem szczęśliwy. Mój znajomy Ralph Kaminski dostał ten album z pytaniem: hej, może znasz kogoś, kto chciałby tego posłuchać? Nie odzywał się przez jakiś czas, po czym dostałem odpowiedź: no pewnie, wyślę to komuś. Później Ralph dał mi znać, że absolutnie uwielbia tę płytę i wysłał ją swojemu menadżerowi, a także do Fonobo. W Fonobo oszaleli na punkcie tego albumu i chcieli podpisać ze mną kontrakt, na co ja zareagowałem: co?! Jasne! Nie oczekiwałem, że cokolwiek się wydarzy, więc jestem podekscytowany.

Zatem porozmawiajmy trochę o albumie. Skąd wziął się pomysł na Funeral? Tytuł i teksty można interpretować na tak wiele sposobów…

To mnie właśnie cieszy. Na tamtym etapie musiałem uporać się z wieloma sprawami, pozamykać je. Pisałem mnóstwo tekstów, piętrzyły się listy, które miałem wysłać ludziom i nigdy tego nie zrobiłem, jak to czasem bywa. Mówi się: nie wysyłaj tego od razu, poczekaj dzień i dopiero wtedy to zrób. Miały wtedy miejsce sytuacje, które nie były dla mnie dobre. Stąd też teksty w głównej mierze bazują na moim domykaniu spraw i ruszaniu naprzód w życiu. Myślałem nawet o tym, żeby zatytułować ten album Closure (Zamknięcie), ale nie wydaje mi się, by okazywał on wystarczający szacunek. W mojej przeszłości nie ma nic, czego mógłbym żałować bądź zmienić, więc należy się jej poszanowanie.

Doprowadzenie spraw do końca to taka godziwa i ludzka rzecz, kiedy ktoś umiera – dla nas by ruszyć z miejsca i żyć dalej. Mamy ceremonię, co wydaje mi się bardzo piękne. Zdałem sobie sprawę, że wszystkie teksty, jakie wtedy miałem, skupione były wokół tego samego tematu. Mówię o czerni, kwiatach, zamknięciu i tych wszystkich rzeczach, wow, najwidoczniej organizuję pogrzeb [uśmiech]. Więc pomyślałem, że Funeral (Pogrzeb) to dobry tytuł. Nie ma w tym nic czarnego czy złego i jest raczej ruszeniem naprzód w dobrym tych słów znaczeniu.

Jeśli chodzi o teksty to wiele z nich traktuje o moim dzieciństwie, moim zaskoczeniu, że Wyspy Owcze są takie małe czy o moim byciu gejem na Wyspach Owczych. Prócz tego, dużo tu o przyjaźniach, które nie przetrwały próby czasu i pozostawianiu ich w spokoju, ale także wpuszczaniu nowych ludzi i miłości do swego życia. Mnóstwo jest tam też mojego poczucia zagubienia. Powiedziałbym jednak, że to pozytywny album. W pewien sposób jest on o uświadamianiu sobie pewnych spraw, co pozwala otworzyć się na miłość.

Nazwałabym to swego rodzaju odrodzeniem się. To tak jakby przejść przez pewne stadia, stanąć na krawędzi i dotrzeć do momentu katharsis, po którym odpuszcza się pewne sprawy…

Ludzie mogą się z tym utożsamiać. To właśnie jest piękne, że nie są to tylko moje historie. Każdy ma takie problemy. Na przykład Monster jest o braku pewności siebie. Kiedy czujesz się tak bardzo zagubiony, często zamykasz się w sobie. Ufasz tylko temu i w jakiś sposób jest ci wygodnie we własnym smutku, bo to jedyne, co znasz. Więc ten potwór mówi: nie, jeśli wyjdziesz na zewnątrz, zawiedziesz, więc wracaj! Myślę, że dużo osób może się utożsamić z tym, że ten potwór szepce do ucha: nie poradzisz sobie, nikt cię nie pokocha, więc po prostu zostań tutaj, nic nie rób.

Miałem te wszystkie pomysły na teksty i niektóre melodie już gotowe, więc poprosiłem mojego przyjaciela Sebastiana Lundberga, by przyleciał ze Szwecji. Mamy tę wyjątkową nić porozumienia, jeśli chodzi o melodie. Wzięliśmy się za pomysły, które już miałem, pozmienialiśmy niektóre akordy i skończyliśmy cały album w zaledwie 10 dni. Następnie zajrzeliśmy do studia i oddałem Janusowi [Rasmussenowi, producentowi oraz muzykowi znanemu z Kiasmos i Bloodgroup] bardzo surowe demo, tylko z gitarą, pianinem i mną, mówiąc mu: proszę, Janus, po prostu zrób, cokolwiek zechcesz. Na co on mi odparł: jasne, ale myślę, że powinniśmy to zostawić tak, jak jest. Na co ja [przerażony]: co?! Nie chcesz tego dopieścić?! Janus mi odpowiedział: nie, właściwie to uwielbiam tę prostotę. Jest taka prawdziwa i delikatna i nie chcę nic do tego dokładać, może prócz smyczków tu i tam. Ok, ufam mu bezgranicznie: Janus, rób cokolwiek chcesz.

[Janus] zdecydował nie mieć żadnej elektroniki na tym albumie, nic nowoczesnego. Nie ma auto-tune’a ani nawet klawiszy. Płyta jest generalnie zrobiona tak, jak się nagrywało albumy 50 lat temu. Ma w sobie naturalną delikatność i surowość. Jestem bardzo zadowolony z tego efektu. Właściwie przerażające było, pozostawić ten materiał tak nagi. Z drugiej jednak strony ma to wielką zaletę. Kiedy gramy koncerty, nie musimy być dużym zespołem, bo to tylko gitara i ja gwiżdżący kilka piosenek.

Wracając do tekstów, poprzez proste i klasyczne aranżacje twoje teksty nabierają jeszcze większej mocy i podczas występów, kiedy stoisz w świetle reflektorów, te teksty niemalże wlewają się prosto do mózgu słuchacza. Niektórzy mówią, że smutek to jedyne źródło weny twórczej. Zgadzasz się z tym?

Czytałem wywiad z Kate Bush, moim wielkim autorytetem, i ona napisała swoje najlepsze utwory, kiedy była bardzo szczęśliwa. Dla niej najlepsza kreatywność niekoniecznie bierze swój początek ze smutku. Z mojego punktu widzenia napisałbym także piosenkę, kiedy jestem wyjątkowo szczęśliwy. Mnóstwo jest piosenek o miłości czy dla zabawy. Wydaje mi się, że po to, by tworzyć dobrą sztukę, musisz znać zarówno czerń jak i biel, by być w stanie wykreować kontrast. Jeśli pozostajesz w czerni, nie zobaczysz wiele. Jeśli dookoła jest tylko biel, tam także nic nie znajdziesz. Myślę, że zestawienie czerni i bieli jest niezbędne.

Czy przeprowadzka na Islandię miała wpływ na ciebie i nagrania?

Zdecydowanie. Janus tutaj mieszka. Jest moim najlepszym kumplem i jest niesamowicie utalentowany. Świetna była możliwość pójścia do studia i wypróbowania pomysłów. Wcześniej mieszkałem w Danii i mogę powiedzieć, że społeczeństwo i kultura są bardzo odległe od islandzkich. Czułem się źle zrozumiany i nie obracałem się w towarzystwie muzyków. W porównaniu do Islandii, gdzie każdy zajmuje się tą dziedziną sztuki, było to dla mnie trudne. Wydaje mi się, że muzyka islandzka i moja własna nawiązują do siebie. Tutaj nie musiałem się tłumaczyć. Poczułem się pewniej i jak w domu. W dodatku dobrze było zobaczyć, że ludzie przychodzą na koncerty i rozumieją muzykę. Więc w porównaniu do Danii zdecydowanie mnie to dowartościowało.

Zostałeś okrzyknięty Najlepszym Piosenkarzem podczas farerskiej gali nagród muzycznych Faroese Music Awards 2017. Jak doszło do tego, że zacząłeś śpiewać i występować?

Zacząłem, kiedy byłem nastolatkiem i odzyskałem głos, po tym ja my chłopcy przechodzimy przez tę trudną fazę, kiedy nie możemy śpiewać [chichot]. Wcześniej pisałem dużo poezji i tekstów, więc eksperymentowałem ze słowami. Wszyscy dookoła mnie słuchali elektroniki, więc ja też. To było raczej mieszanie elektroniki z muzyką klasyczną, co mnie bardzo interesowało, sposób w jaki robiła to np. Björk. Była moją bohaterką, kiedy dorastałem. Album, który ukazał się na Wyspach Owczych był bardzo skupiony na eksperymentowaniu z dźwiękiem. Osobiście dzisiaj nie wydałbym go na rynku międzynarodowym, bo nie jestem już tą samą osobą, którą byłem wtedy. Od tego zaczynałem i bazowałem na elektronice do momentu, kiedy zainteresowałem się klasycznym pisaniem piosenek, jakieś 10 lat temu.

Brałem udział w sporej ilości obozów dla songwriterów na etapie współpracy z menedżmentem z Niemiec, który wrzucił mnie do worka songwriterów. Chcieli ze mnie zrobić gwiazdę popu, ale mnie to było obojętne [wzrusza ramionami]. Lubię pop, a dopóki utrzymuję jedność z samym sobą, jest w porządku. Poznałem wspaniałych songwriterów i producentów i wiele się nauczyłem o podstawowych zasadach pisania piosenek – jak ważne jest, by mieć dobry szkielet utworu. Możesz na nim dołożyć cokolwiek chcesz, ale jeśli nie ma dobrego rdzenia, to wszystko się rozpadnie. Tak też nauczyłem się pisać piosenki przy pomocy zaledwie podstawowych akordów.

W tym czasie odkryłem, że nie bierze mnie bycie popowym muzykiem. Uwielbiam pop, ale chciałem tworzyć coś bliższego mojemu sercu. W ciągu tego procesu niejako wycofałem się do swoich korzeni, Wysp Owczych i śpiewania folku, a w warstwie tekstowej odkryłem, jak ważne jest opowiadanie historii. Sięgnąłem zatem po stare filmy hollywoodzkie, które dorastając oglądałem. Te z pięknymi bardzo prostymi piosenkami. Często chodzi o gwizdanie, coś, czego ludzie dziś nie używają. Więc powróciłem do pisania bardzo małych form, nie rozmyślając nadto czy mają to być 3 czy 4 minuty.

Odnośnie tekstów, ważne jest dla mnie opowiadanie historii. Zawsze byłem gawędziarzem, także w moich teledyskach, filmach czy obrazach. Jeśli masz okazję, by coś powiedzieć i coś przez to zmienić, dlaczego jej nie wykorzystać?

Zdecydowanie nie jesteś człowiekiem jednego talentu. Muzyk, reżyser filmowy, malarz. Czy kiedy mieszasz ze sobą te trzy perspektywy by tworzyć muzykę, teledysk czy film, to daje ci to odmienny kąt widzenia?

Z tym jest jak z językami. Chcesz przekazać tę samą treść, ale zależy do jakiego języka ona pasuje. Możesz na przykład powiedzieć dużo po polsku, ale to brzmi dziwnie w duńskim. Muszę wybierać. Mam pomysł i rozważam, jaką ścieżkę powinienem wybrać. Jeśli to wystarczająco mały pomysł, kończy się obrazem, ale czasem myślę: och, ok, ten pomysł jest nieco większy, może powinienem iść z tym w film albo teledysk? Wszystko to pochodzi z jednego rdzenia, więc pojawia się pytanie, jak to opowiedzieć.

Jakie inspiracje kryją się za teledyskami, które reprezentują Funeral?

Zawsze chciałem przedstawić stronę wizualną wszystkiego, co robię. Weźmy na to, kiedy piszę piosenki, zazwyczaj mam obraz w głowie. Albo w drugą stronę. Łatwiej jest mi pracować nad czymś wizualnym, kiedy mam muzykę, by wejść w nastrój.

Przy Funeral bardzo chciałem wykorzystać moje wykształcenie jako reżyser filmowy, by mieć możliwość pokazać teledysk do każdego utworu. Ze względu na to, że jest to bardzo kosztowne przedsięwzięcie, postawiłem sobie cel: jak mało pieniędzy mogę użyć, wciąż robiąc świetny teledysk. Stało się to zabawnym wyzwaniem. Ludziom się wydaje, że trzeba w to włożyć dużo pieniędzy. Oczywiście, jeśli nie robi się tego samemu, może to wiele kosztować, ale na szczęście ja to potrafię zrobić na własną rękę. To niesamowite, o ile łatwiej jest teraz, kiedy każdy ma kamerę na iPhonie i efekt zwolnionego tempa.

Na Funeral chcę wyrazić i rozszerzyć idee piosenek i tekstów, żeby stworzyć koncept wizualny. To takie dobre medium, które zdecydowanie za mało osób używa. Większość słucha muzyki przez Youtube‘a, a tam zazwyczaj jest tylko czarny ekran, może z tekstem. Więc czemu by nie wykorzystać tej możliwości? Ludzie często identyfikują się z teledyskiem, a to wpływa pozytywnie na piosenkę. Frozen Madonny jest fantastyczny, bo pamiętasz teledysk, ale da się też zrobić coś dokładnie odwrotnego – można totalnie zrujnować piosenkę, jeśli teledysk jest głupi. Więc moim planem jest zrobić te teledyski możliwie najtaniej i zarazem najpiękniej.

Przy klipie do Change Of Frame pomagali wszyscy moi znajomi i byli genialni. Sam stworzyłem maski i próbowałem zrobić wszystko, co mogę. Ten teledysk to przedłużenie tekstu. Pozostaniemy tacy sami w stale zmieniającej się scenerii i kolorach? Będziemy w tym samym miejscu? To tylko ja stojący tam z kamienną twarzą, kiedy wszystko się zmienia i szalone rzeczy dzieją się dookoła.

Niedługo ukaże się także zwariowany teledysk do piosenki Monster. Ja i mój przyjaciel Sámal Blak, artysta, po prostu wygłupiamy się z marionetkami i innymi rzeczami, jak to robiliśmy w dzieciństwie.

Coś ekscytującego dla Polski w najbliższej przyszłości?

Mam nadzieję na trasę w Polsce, na przełomie września i października odwiedzę Rosję na 10 dni. Miejmy nadzieję, że wydam teledyski i pokażę swój album na świecie.

Wielkie dzięki, trzymamy kciuki za spełnienie planów!

HEIDRIK na Facebooku