Michał Loska – relacja.

Jak określić ważne przeżycie, które pozostanie w pamięci na długi czas, a może i na wiele lat?
Właśnie! – ciężko, bo w tym wypadku dwukrotnie udało mi się doprowadzić swoje emocje do wrzenia. Zważywszy na to, że mamy zimę, fakt ten jest jak najbardziej pozytywny. Pierwszy był Kraków, następny Chorzów. Najpierw zaskoczenie potem już tylko pełne, wyraziste emocje. Mowa tutaj o niepowtarzalnych koncertach islandzkiej songwriterki Myrry Rós.

Myrra to kobieta jeszcze nie tak dobrze rozpoznawalna w naszym kraju jak np. HALLA, jednak ku mojemu zaskoczeniu zarówno koncert krakowski i chorzowski wypadł w moim odczuciu bardzo pozytywnie jeżeli chodzi o frekwencję.

PART I

Godzina 18.30 siedziałem sobie przy ulicy Krakowskiej w Krakowie. Wiedziałem, że koncert Myrry planowo miał zacząć się o 20, spokojnie zamówiłem jeszcze jedno piwko kontemplując w milczeniu z podstawką do wyżej wymienionego trunku. Czego mogłem się spodziewać? Myślałem czy ponownie zakocham się bez pamięci, czy znowu będę wchłaniał każdą nutę koncertu? O ….. i ten dreszczyk niepewności, przecież youtube nie oddaje tego tak, jak obraz w rozdzielczości „for real”.

Nie dawałem rady oczekiwania rosły z każdą sekundą, więc równo o 19 zerwałem się na taksówkę, żeby dojechać w nieznane mi miejsce , jako, że nie jestem mieszkańcem „miasta artystów”, a plany ulic to dla mnie za każdym razem ciężka zagadka niezależnie w jakim mieście bywam. Za każdym razem czuję się dość obco, więc po przejściu paru kroków z Krakowskiej pod Wawel wsiadłem w pierwszą napotkaną taksówkę.

A teraz coś dla mieszkańców Krakowa.

Znajdując się na ulicy Krakowskiej złapałem taksówkę na ulicę Józefa, płacąc za nią całe 8 zł. To oczywiste – więcej tego nie zrobię, wiedząc, że obie ulice krzyżują się. Po tak kompromitującej wpadce odnalazłem docelowe miejsce mojej skromnej wycieczki: Kolanko nr 6. Po wejściu do lokalu, już na samym wejściu, doznałem małego zaskoczenia. Lokal był wypełniony po brzegi ludźmi, konsumującymi przedziwne potrawy, a milion ciekawych i interesujących zapachów przyprawiało o zawrót głowy. „Tu ma odbyć się koncert Myrry Rós”? – zapytałem barmana.
Ów barman pewnym ruchem ręki pokazał mi wąskie przejście między rzędami krzeseł, stolików oraz ucztującymi w lokalu ludźmi. Na końcu, tego mało skomplikowanego, labiryntu dotarłem do kolejnych, właśnie otwierających się drzwi. Po przekroczeniu progu znalazłem się w kolejnym, niezależnym pomieszczeniu, przypominającym starą stodołę z wysokim stropem – przyjemnie, miło, i powiem szczerze, ciekawie.

AKT I – PHIA

Maleńka scena, a na niej po niedługim oczekiwaniu, zjawiła się fantastyczna, uśmiechnięta i jakby delikatnie zawstydzona istotka o pseudonimie artystycznym Phia. Kobieta, która pokazała w Kolanku, że minimalnymi środkami można zaprezentować interesującą i ciekawą muzykę. Korzystając jedynie z maleńkiego instrumentu jakim jest kalimba i loop stacji, PHIA zaprezentowała pełen wachlarz muzycznych zdolności. Od nastrojowego i namiętnego głosu, który idealnie słychać było, w moim przekonaniu, najpiękniej wykonanym utworze Chemistry, przez radosny Indecision, który w pewien sposób budzi skojarzenia z twórczością artystki kryjącej się pod pseudonimem Lenka.
Ostatnim utworem wykonanym przez Phia’e w krakowskim Kolanku było …. GOTYE i wszystkim, aż za dobrze znana piosenka: „Somebody That I Used To Know”, wykonana była w towarzystwie Myrry Rós. Nie wiem jak wy, ale ja mam serdecznie dość tego utworu, jednak tym razem, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, ten kawałek zabrzmiał świeżo, ciekawie i kto wie czy nie lepiej niż oryginał. W końcu dwa zmysłowe głosy mają pewną przewagę.
Skromność i naturalność Sophii Exiner (Phia), pozwalała na całkowite zrelaksowanie się i przygotowanie na punkt kulminacyjny wieczoru. Korzystając z okazji, PHIA, dziękuję!
Dla wszystkich zainteresowanych twórczością PHIa’i poniżej prezentuję jeden z utworów.

AKT II – OWLS OF THE SWAMP

Jeszcze przed Myrrą, na scenie pojawiła się kolejna skromna istotka rodem z Australii, jegomość Pete Uhlenbruch. O tym Panu należy także napisać parę słów.
Pete zaprezentował materiał ze swojej ostatniej płyty Go With River. Nastrojowa gitara Pete’a oraz jego delikatny głos na pewno podbił niejedno serce zgromadzonych pań w Kolanku.
Był to na pewno bardzo miły i przyjemny wstęp do występu gwiazdy wieczoru. W twórczości tego, zawstydzonego, Pana słychać było wpływ takich muzyków jak choćby Damian Rice czy Glean Hansard z The Frames. Romantyczne ballady miłosne przeplecione były z prawie skocznymi utworami z gatunku folkowego. Całość jednak, mnie osobiście, nie uwiodła, tak jak np. Phia, w której osobiście się zakochałem. Żeby jednak te kilka zdań miało podstawowy sens, chciałem zauważyć, że takie utwory jak Stones and Bones czy By The Riverside to całkiem udana twórczość, łatwo wpadająca w ucho. Pete Uhlenbruch zaprezentował całkiem zwięzły przyjemny materiał, jednak moim zdaniem ciekawiej by to brzmiało na większą ilość instrumentów. Amen.

AKT III – MYRRA RÓS

No to stało się, na scenie pojawiła się szanowna Pani Myrra Rós i od razu zaczarowała publiczność, ujęła za serce i nie chciała puścić do samego końca. Debiutantka w krakowskim Kolanku zaprezentowała prawie cały materiał ze swojej pierwszej płyty, tajemniczo zatytułowanej Kveldulfur co w wolnym tłumaczeniu znaczy Nocny wilk.
Szczerze, w tym tytule można by było zamieścić całe streszczenie koncertu. Mistycyzm chwili, szczerość i swoboda jaka biła od Myrry była zaskakująca. Każdy kolejny utwór sprawiał, że zgromadzona publiczność chciała więcej i więcej. Islandka nie krępowała się prowadzić luźnych rozmów z publicznością między kolejnymi utworami. Była całkowicie wyluzowana i radosna. Na scenie była wspomagana przez Andrésa Larussona grającego na basie i czasem dośpiewującego drobne parte wokalne z niskim, przejmująco mrocznym, głosem. Materiał z debiutanckiego albumu został zagrany praktycznie unplugged co idealnie pasowało do miejsca koncertu.
Nie zabrakło oczywiście tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli pięknych ballad zaśpiewanych w języku islandzkim, a takie utwory jak Við Og Við, Láru Lag czy Værð og vökul þrá na długo pozostaną zapamiętane jako jedne z najpiękniejszych islandzkich ballad wyśpiewanych przez kobiecy głos. Gitara akustyczna Myrry, bass Andreasa w paru utworach został wsparty przez równie skromnego Juliusa – perkusistę o ogromnym potencjale. Mogliśmy go usłyszeć w utworach, które mnie osobiście zaskoczyły np. anglojęzyczne Milo dosłownie zbiło mnie z tropu, ponieważ usłyszeliśmy troszkę interesującego country. Myrra potrafi się bawić słowem i muzyką, w przeciwieństwie do części islandzkich muzyków, a każdy utwór niesie ze sobą inny ładunek emocjonalny. Zdecydowanie najpiękniejszym utworem zagranym na krakowskim koncercie był Animal, który zdecydowanie inaczej zaaranżowany w stosunku do płyty, był bliski doprowadzenia mnie do płaczu. Zagrany znacznie wolniej, spokojniej i akustycznie został moim numerem jeden tego wieczora. Wydawać by się mogło, że na tym wieczór się zakończy i wszyscy udamy się do domów, napełnieni pięknymi dźwiękami, mrucząc sobie pod nosem ulubione momenty, nuty, słowa. Cóż, Islandka zostawiła po sobie coś czego chyba jeszcze żaden muzyk z kraju wiecznych mrozów nie zrobił.
Jako że menagerem zespołu jest nasz krajan Rafał, Myrra postanowiła podzielić się ze wszystkimi swoją biegłą znajomością języka polskiego. Na sam koniec koncertu, kiedy wszyscy spodziewali się standardowego Dziękuję, na scenie pojawił się statyw z przyczepioną, zmęczoną już kartką papieru. Przez kolejne parę minut artystka cierpliwie starała się nauczyć krakowską publiczność jednego bardzo ważnego słowa – KOCHAM CIĘ. Po kilku próbach z usta około stu osób równo i wyraźnie wydobyło się ów słowo: ég elska þig a z głośników zabrzmiał utwór zespołu Bajm – Myśli i słowa. Owacyjnie przyjęte wykonanie było wręcz idealne, a Beatka Kozidrak mogła by się uczyć od Myrry zmysłowego wykonania w/w utworu.

PART II

Dlaczego mamy jeszcze cześć drugą? Miałem niemały zaszczyt usłyszeć i zobaczyć Myrra’ę jeszcze raz podczas pierwszej trasy koncertowej, po naszym zimnym kraju. Dokładnie w dzień wszystkich zakochanych Islandka wystąpiła w chorzowskiej Leśniczówce. W miejscu idealnym dla takiej muzyki, artystki i takich uczyć. Dosłownie w paru słowach nie da się oddać tego, jaka atmosfera panowała na sali. Wszystkie pary, mam taką nadzieję, zapamiętają ten wieczór, jako jeden z najromantyczniejszych wydarzeń w ich życiu. Każdy utwór wykonany w Chorzowie zabrzmiał dwa, a może i trzy razy bardziej zmysłowo. Z każdym utworem byłem bardziej pewny, że dziś ten koncert nie może się skończyć, że Myrra gra tylko dla mnie i że jestem sam na środku nastrojowej sali koncertowej. Oczywiście perełką było wykonanie mojego ukochanego Animal a zaskakujące Myśli i słowa z repertuaru Bajmu w kontekście daty 14 lutego nabrały innego, jakby mistycznego wymiaru.

Myrra Rós – artystka kompletna, która jestem pewny zaskoczy nas jeszcze nie raz. Biorąc pod uwagę szybką naukę języka polskiego, następnym razem oczekuję recytacji inwokacji……

Myrra – þakka þér (dziękuję).