Snorri Helgason przyjechał do Krakowa

Uniwersalny język muzyki nie potrzebuje wielkich scen, kilometrowych kolejek po bilety, migających dekoracji i innych wspomagaczy aby przemówić i wzruszyć – aby treść muzycznej wypowiedzi zapadła głęboko w pamięć.

Snorri Helgason przyjechał do Krakowa. Zdanie poprawne logicznie, ma podmiot i orzeczenie – ale co ono mówi komuś, kto nie zna tego pana i nie wie czy to projektant mody czy może europoseł? Jaki jest sens pisania o koncertach, na które przychodzi kilkadziesiąt osób, które odbywają się nie na wielkich scenach i w mydlanej bańce medialnej wrzawy, ale gdzieś w małej knajpce na Kazimierzu? Pozornie żaden.

Sądzę jednak, że uniwersalny język muzyki nie potrzebuje wielkich scen, kilometrowych kolejek po bilety, migających dekoracji i innych wspomagaczy aby przemówić i wzruszyć – aby treść muzycznej wypowiedzi zapadła głęboko w pamięć. A skoro tak, to warto o tym pisać – choćby po to, by móc kiedyś do tych chwil wrócić.

Za sprawą Bartka „Borówki”, niepozornego chłopaka – oficjalnie kierowcy, nieoficjalnie – człowieka, który chyba autentycznie kocha islandzką muzykę i dlatego ją promuje, mamy od jakiegoś czasu sporo okazji, żeby w kameralnej atmosferze, w wyśmienitym nastroju i w miłym towarzystwie słuchać wielu mniej znanych islandzkich artystów. Zakładając oczywiście, że muzyka islandzka w ogóle jest szerzej znana…

W ostatnim czasie dzięki staraniom „Borówy” byli u nas muzycy z Prinspólo i Halla Norðfjörð.

Tym razem Bartek przywiózł nam z muzycznej wyspy Snorriego Helgasona – niezwykle sympatycznego młodego artystę z gitarą*. (Tak na marginesie: czy zna ktoś jakiegoś niesympatycznego Islandczyka? ) Wujek ‘Google’ mówi o nim, że nagrał już dwa albumy – najnowszy ubiegłego roku. Podaje też ich tytuły** oraz stwierdza, że Snorri koncertuje po całej Europie i hohoho…  gdzie on to już nie był!

Tyle z grubsza o nim wiemy. Jednak cała magia polega na tym, że gdy przychodzisz na jego koncert zaczynasz czuć, że między wami nie ma kompletnie żadnego dystansu, że przecież Ty tego człowieka znasz i niesamowicie cieszysz się, że za chwilę dla Ciebie zagra.

Rozbrzmiewają pierwsze dźwięki nastrojonej na szybko gitary, pierwsze takty melodii, pierwsze tego wieczoru ciarki przyjemnie łaskoczą Cię po plecach i nagle… gaśnie światło. Co zrozumiałe, robi się w konsekwencji trochę ciemno. Szybko okazuje się, że ma to dość poważny wpływ także na nagłośnienie (a właściwie jego brak). Niejedna Doda i inna Brodka już dawno zeszła by ze sceny, ale nie Snorri. Snorri mówi: That’s OK – i nieco mocniej szarpie struny, nieco głębiej sięga do przepony. Nastrój jest cudowny… wśród publiczności nie słychać nawet szmeru. Muzyka rozlewa się łagodnie po sali i wprowadza w półhipnotyczny trans każdego z osobna – jesteś kupiony. Czekasz co będzie dalej.

Po co nam to światło ? Było tak przyjemnie…

Thank You… I don’t know why you all are here?! Probably most of you don’t know me, don’t know my music. So… I don’t understand…  Nevermind. I’ll play another folk song tonight, if You want.

Muzyka sączy się powoli – nie ma znaczenia tytuł, nie mają znaczenia słowa. Większość z piosenek Snorri śpiewa po angielsku. Okrasił swój występ tylko dwoma islandzkimi utworami***, które, jak powiedział – mogą być o czymkolwiek. O futbolu, o czym chcecie – przecież i tak nie znacie islandzkiego.

Kolejne utwory wypływają niemal jedne z drugich. Nic nie wybija cię z przyjemnego błogostanu, w którym znajdujesz się od początku. Snorri w przerwach pije Twoje zdrowie wznosząc toast nienaganną polszczyzną. Minuty lecą szybko…  za szybko. Nie zdążysz się nacieszyć dźwiękiem, który właściwie wypełnia tylko przerwy między oklaskami. Za krótko, za szybko. Czasem ukradkowo zerkasz na zahipnotyzowane twarze wokół ciebie. Nie ma właściwie nikogo, kto nie kontemplowałby rudej brody Islandczyka i nie wchłaniał w siebie jego wrażliwości niczym wysuszona gąbka. Ależ on budzi w tobie sympatię! I zupełnie nie wiesz dlaczego tak się dzieje.

Koncert chyba zbliża się do końca – Snorri coś niebezpiecznie zerka poza scenę szukając drogi „ucieczki”. Nie ma mowy… nie puścimy Cię tak łatwo. Nie wyłgasz się jednym bisem.

Ok. I’ll play another one …

Dopiero po czterech piosenkach Snorri może bezpiecznie zacząć się pakować. Pomaga mu w tym kolejny zestaw folkowych piosenek, które mówią, jak zwykle…

…o samobójstwach, depresji i innych smutnych rzeczach…

Przydaje się też piękny cover Arethy Franklin i wspólne odśpiewanie z publicznością refrenu jednej z piosenek. Nie ważne której, nie ważne o czym. Ważne, że czujesz sporą dawkę hormonu szczęścia w żyłach, a  Twoja sympatia do Snorriego nieustannie rośnie.

Jeśli masz ochotę możesz ją wyrazić na kartce, która krąży wśród publiczności i jest swego rodzaju księgą gości, na której wiele osób maluje serduszka, ptaszki, słoneczka i inne dziwne rzeczy, tylko po to by dać Snorriemu do zrozumienia, że miło nam, że nas odwiedził i nie rozumiemy, dlaczego musi już kończyć. Dlaczego nie może zagrać tutaj także jutro… no… i właściwie pojutrze też.

Możesz mu jeszcze uścisnąć dłoń, zadać głupie pytanie o Islandię, bo słyszał już wszystkie możliwe i bez problemu na każde z nich odpowie.

Możesz też nie robić tego wszystkiego, co powyżej i możesz nadal nie wiedzieć kto to jest Snorri Helgason.

Ale dziś chcę Ci stanowczo powiedzieć, że… dużo przez to stracisz.

Zdjęcia: Kasia Klimek


* no dobra… i z harmonijką ustną.
**Jeśli koniecznie musicie wiedzieć, to: pierwszy album nosi tytuł „I’m Gonna Put My Name On Your Door”, drugi „Winter Sun”.
*** Najmocniejsze punkty wieczoru!

Written By
More from lserwinski

Ólafur Arnalds ponownie zaHipnotyzował

Koncert Ólafura Arnaldsa pozostawił we mnie nie tylko bogactwo estetycznych wrażeń. Wzbudził...
Read More

2 komentarze

Dodaj komentarz