Sigur Rós – Kraków, 16 września 2012 r.

Po kilku latach przerwy znów pojawili się w Polsce. W Krakowie jeszcze razem nie byli, choć sam Jónsi przetarł szlak grając tu dwa solowe koncerty. Tamto wydarzenie było jednak zupełnie inne, bo to właśnie tym razem ze sceny w nowohuckiej hali publiczność mogła usłyszeć utwory, które kocha od dawna…


Pierwszy tego wieczoru utwór Sigur Rós publiczność usłyszała zanim jeszcze sam zespół pojawił się na scenie. Flugufrelsariin zabrzmiał za sprawą Kronos Quartet, którzy wystąpili w roli supportu. Choć muzyka amerykańskiego kwartetu z pewnością o wiele lepiej zabrzmiałaby w sali filharmonicznej, to swoje zadanie panowie wykonali w stu procentach. Muzycy zmusili głośny, kilkutysięczny tłum do skupienia, a ich interpretacja kawałka pochodzącego z albumu Ágætis Byrjun była przedsmakiem tego, co wydarzyć się miało później…

Niedzielny koncert był trzecim występem Sigur Rós w Polsce, ale pierwszym który odbył się w sali (hali), a nie pod gołym niebem. To niewątpliwa zaleta i przewaga krakowskiego koncertu nad poprzednimi. Hala ocynowni na kilka godzin stała się miejscem szczególnym – fantastyczne nagłośnienie idealnie dopasowane do wnętrza, wizualizacje sączące się wolno z trzech wielkich ekranów nad sceną. Bez przepychu, niepotrzebnych dodatków, konfetti i fajerwerków, tylko to, co niezbędne, aby móc chłonąć dźwięki.

Zgodnie z zapowiedziami zespół pojawił się na scenie bez Kjartana, ale za to z poszerzonym instrumentarium. Do Jónsiego, Georga i Orriego dołączyli Ólafur Björn Ólafsson i brat Georga – Kjartan Dagur Hólm. Nie zabrakło również sekcji smyczkowej i dętej wprost z Islandii. Zespół w ciemnych uniformach lekko wysunięty do przodu, pozostali muzycy nieco dalej, wśród wielkiej ilości stojących na scenie instrumentów.

Trudno pisać o każdym kolejnym utworze, ale z pewnością koncert miał kilka szczególnych momentów. Już í Gaer poraził publiczność ścianą mocnych dźwięków i oślepiających świateł. Sigur Rós przypomnieli, że potrafią uderzyć z siłą huraganu. Głos Jónsiego był mocny, czysty i wybrzmiewał niewyobrażalnie długo (Festival), choć przy Svefn-g-englar ktoś oklaskami przerwał przepiękne wokalne zakończenie utworu. Kolejnym punktem kulminacyjnym był utwór Viðrar… Tym razem publiczność wytrzymała w ciszy do końca długiej pauzy w środku utworu, przez co zyskał on jeszcze bardziej na sile. Za to przy Hoppipolli Jónsi zachęcał publiczność do rytmicznego klaskania, co spotkało się z entuzjastyczną odpowiedzią. Cała sala pulsowała w rytm energetycznego utworu, a ściany hali ocynowni wypełniła burza braw. Jedynym utworem z najnowszego albumu, który zespół zagrał w zasadniczej części koncertu był poruszający Varúð, a tuż po nim Hafsól, rozpoczynający się tradycyjnie uderzaniem pałeczką w struny gitary basowej… Z każdą sekundą tego utworu narastała jego siła, która pod koniec eksplodowała – Jónsi niemalże połamał smyczek uderzając w gitarę, a Georg uderzał pałeczką w bas zupełnie tak, jak robią to perkusiści. Smyczek poszybował nad głowami fanów stojących najbliżej, a jego lądowanie w rękach publiczności oznaczało, że zespół schodzi ze sceny.

Na drugą część koncertu trzeba było chwilę poczekać. Owacje nie kończyły się, wszyscy wiedzieli, że to jeszcze nie koniec. Zespół ponownie pojawił się na scenie w towarzystwie znajomego video autorstwa siostry Jónsiego, Ingi Birgisdottir. Zabrzmiał drugi tego wieczoru utwór z płyty Valtari – Ekki Múkk. Wolno szybujący statek unosił się nad wodą w towarzystwie sennych dźwięków klawiszy Georga…

Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki Popplagið było już jasne, że to właśnie jest ten moment – wielki finał wieczoru i całego festiwalu Sacrum Profanum. Huragan kolejny raz przetoczył się przez Nową Hutę wprawiając w ekstatyczny trans zespół i wszystkich zgromadzonych w hali. Siła, której mógłby im pozazdrościć niejeden metalowy zespół uderzyła ponownie miażdżąc wszystko wokoło. Teraz właśnie popis swojego mistrzostwa dał Orri. Jego stopa przez ponad 2 godz. nadawała rytm temu co działo się na scenie, ale w Popplagið w ruch poszło wszystko, czym dysponował. Tu już nikt się nie oszczędzał. Miotający się po scenie Jónsi przewrócił stojący przed nim mikrofon… a potem pozostał już tylko dźwięk przesterowanych instrumentów, leżących na pustej scenie. I owacje…

Pojawili się na scenie jeszcze raz, ostatni tego wieczoru. Wszyscy. Ukłonili się nisko dziękując za wspólne chwile. Dziś zagrają jeszcze raz.

Relację z koncertu i zdjęcia znajdziecie też na oficjalnej stronie festiwalu Sacrum Profanum.

Written By
More from Bartek Wilk

Sólstafir w Warszawie – wygraj bilet na koncert

Przypominamy Wam o konkursie, w którym możecie wygrać jedną wejściówkę na koncert,...
Read More

1 Comment

Dodaj komentarz