Finał Sacrum Profanum – Sigur Rós, 17 września 2012 r.

Śnieg pada za oknem, w pokoju pali się jedynie świeczka pomarańczowo-cynamonowa, a ja wreszcie dałam się namówić na słuchanie płyty o zabawnym dla mnie wtedy tytule Takk (zeszło z trzy miesiące). Leżę tak na łóżku, jestem siedem lat młodsza (czyli smarkacz ze mnie), nie wiem kim oni są, a ten miałczący wokal jeszcze najwyraźniej należy do jakiejś kobiety. Od tamtego wieczora marzy mi się fotel bujany w domku z dachem z blachy, a słysząc Sigur Rós w radiu, widzę śnieg za oknem, jest znów piękny grudzień, a ja mogę być cała w tych dźwiękach.

Hala ocynowni – idealne miejsce na koncert Sigur Rós pod względem akustyki. Do tej pory grali w Polsce na otwartych przestrzeniach, co zapewne było magiczne. Było też dla mnie bardzo bolesne, bo dzieliły mnie od nich setki kilometrów i byłam w pełni świadoma strat moralnych. Więc do trzech razy sztuka. Jak rozchodzi się pod tym dachem głos Jónsiego i jaką moc ma perkusja – wiedziałam doskonale, bo to już trzecia edycja Sacrum Profanum, na jakiej dane było mi się pojawić. Jedyny festiwal, na który konsekwentnie co roku trafiam. Perełki niemalże na moim podwórku. Do tego wspomnienie występów ukazanych w filmie Heima – wiadomo, że zwyczajnie nie będzie.

Trochę nie pojmuję, dlaczego taki Kronos Quartet ze swoim stażem i magią roztaczaną przez cztery instrumenty smyczkowe (tu mnie mają!) jest jedynie supportem, ale skoro legenda elektroniki Kraftwerk występowała przed Radiohead, to może jakaś logika w tym jest. A porównanie do Radiohead nie jest przypadkowe, bowiem poprzeczka zawisła wysoko. Prawie nic nie jest w stanie przebić mojego koncertu życia na poznańskiej Cytadeli w 2009 roku. Na każdym porywającym koncercie obiecuję sobie, że nie rozkleję się tak totalnie jak wtedy. Tylko, że na Radiohead czekałam trzy lata, a nie siedem.

Dostojni panowie z Kronos Quartet zaskoczyli mnie nieco wykorzystaniem swoich nieklasycznych zabawek. Mimo to przymknięcie oczu (żeby ich nie zjeść, bo skrzypków i wiolonczelistów zjadam wzrokiem na surowo) pozwoliło na to, by wkradł się lekki klimat burtonowski, takie muśnięcie Danny’ego Elfmana. Trafiłam do jakiegoś nawiedzonego domku niczym z Soku z Żuka.

Za siedmioma rzekami, po siedmiu latach, gdzie panuje zasada do trzech razy sztuka, a tradycji Sacrum Profanum jakimś cudem stało się zadość, co kładzie mi się miodem na tym organie od bamm bamm bamm, zobaczyłam ET, którego palec z czerwonym światełkiem giął się i giął i jeszcze dźwięki wydawał. Odleciał na rowerze do księżyca, bawiąc się płytą gramofonową, a ja wpadłam w miękką trawę, zobaczyłam niebo, bo Kronos Quartet zaserwował jeden ze swych czarujących coverów. Może w tym momencie ocieram się o bluźnierstwo, ale ich Flugufrelsarinn było lepsze od oryginału. Ciary i łzy w oczach, chociaż to dopiero wstęp do bajki. Nie wiadomo czy płakać, czy się cieszyć, a może jedno i drugie naraz? Gdyby miejsce mojego ulubionego kwartetu smyczkowego nie było już zajęte, z pewnością by się na nim ulokowali.

Wychodzą na scenę. Trzej… tak, tutaj moje pierwsze skojarzenie, że ich uniformy przypominały stroje kominiarzy. Wzbogacone o frędzle przy rękawach. Bajka trwa. Burton dobrze się miewa. Świadomość się wyłącza, bo oto początek Í gær. Opowiedzą nam, co było wczoraj? Opowiedzą w szerokim składzie, ale najpierw Orri. Dał o sobie znać jak pierwsze niespodziewane uderzenie pioruna. Wbił w ziemię. A w mojej bajce ta blond drobinka przeszła metamorfozę…

Z pierwszymi dźwiękami od Jónsiego ci trzej kominiarze jakby wyciągają do nas ręce – chodźcie z nami, pokażemy Wam inny świat. Kuszą bajeczkami o elfach, o zorzach polarnych, cukierkami z lukrecją w roli głównej, a to wszystko bzdury, bzdury, nie wybucha żaden wulkan, woda nie cofa się w wodospadach. Ale ja jestem już pozbawiona wolnej woli, oprzeć się im nie mogę, ale oddzielając się od reszty zbiera mnie na smutki. Dlaczego mam z nimi iść? Przecież to jest takie poruszające, ale i zaraz jakieś smutne – Vaka. Trójka w czerni prowadzi, wokół nie ma nikogo, ciszę przerywają niewiadomego pochodzenia pociągnięcia nosem, przeciągłe westchnienia, dźwięk przełykania wzruszenia. Skąd, skoro nikogo nie ma wokół?

Na E-Bow lewitacja. Patrzę na Orriego, a tak naprawdę wędruję już kilometry od poziomu gruntu, nieważne w poziomie czy w pionie. Ach, wspinamy się, wspinamy, palce krwawią, ale jesteśmy coraz wyżej. Byleby się nie oglądać. Byleby nie zostać w tyle za przewodnikami. Co nas czeka, kiedy wreszcie wejdziemy na szczyt? Cudny widok? Panorama dźwięku? Okno na inny świat? Svefn-g-englar. Sen i anioły. Jónsi, Georg i Orri pozwolili wreszcie odpocząć porwanym duszom, dogonić się – przystanęli. Tjúúú. Tańczymy w powietrzu na szczycie skał, ze skrzydłami uchwyceni w zwolnionym tempie. Jest ciepło, ciepło, ciepło wewnętrznie. Tjúúú. Może znów się narodzimy? Bez obaw przed upadkiem z wysokości. Złapią nas przecież dźwięki spod smyczka Jónsiego, złapie nas gryf jego ptaśkowej gitary. Pochwyci nas głęboki bas Georga. Gdzieś nad nami rozlegają się dźwięki klawiszy. Wszystko zaczyna falować.

Zanurzamy się w Sæglópur. Oni obiecują, że wrócimy do domu żywi, pławiąc się w rozdzierającym serce rytmie perkusji, która spotęgowana otoczeniem bawi się w kotka i myszkę z basem, podglądając ukryte smyki. Wrócimy, jeśli nie poddamy się chochlikowi hey ya!. Na ułamek sekundy poczułam jakieś zawahanie. Oto mistrz ledwie zauważalnie spowalnia rytm. Albo to czas się zatrzymuje. Niepewność wpada w ramiona Fljótavík. Jónsi gładzi nas po głowie delikatnie i na swój sposób czule mówiąc, że oddajemy się w ręce morza. Żagle są rozciągnięte, a sternik stoi na mostku. Więc żeglujemy tak przez kraje, widząc skały i piaski, przez morza i oceany, by dotrzeć do zacisznego schronienia i usnąć podczas burzy.

Deszcz obija się wstępem do Viðrar vel til loftárása spokojnymi ruchami palców Georga na strunach i pieszczeniem klawiatury. Wywiedziona w inny świat widzę lecące skry i szklane oczy lalek. Z pozoru przyczajone w niecnym celu, ale tak naprawdę prowadzące do rozkwitu uśmiechu i siejące w duszy spokój. Tak by znów unieść się w górę ruchem wirowym na chwilę i opaść z szumem zamętu smyczkowego w głowie. Ale uśmiech zadowolenia pozostaje, ta wędrówka rozbłyskuje słońcem po deszczu. Magicy w czerni zaczynają się do siebie uśmiechać, Orri po raz kolejny pokazuje nam jak biją serca, jak oddycha ziemia i wszystko zlewa się w jeden puls. A ja radośnie skaczę po kałużach, by zobaczyć jak Jónsi nagle staje się niesamowicie ekspresyjny i nawołuje wszystkie dzieci do zabawy. Jakby z naszych uśmiechów czerpał siłę do dalszej drogi. Brakuje już tylko tęczy, ale jest dostojne wymiatanie i krople rozbryzgują się na wszystkie strony z kałuży, a z nosa kapią czerwone kropelki – magia utworu Hoppípolla połączonego z Með blóðnasir.

W mojej bajce jest nutka niedosytu. Kiedy Georg roztacza kołyszące dźwięki swojej gitary basowej, a gdzieś z oddali wydaje z siebie głos Jónsi, chowając się za krzaczkiem to tu, to tam, zastanawiam się, gdzie jest mój Włóczykij. Dlaczego pokazują inny świat tylko we trójkę? Czy doprowadzą do tego czwartego? Czy będzie siedział nad zimnym strumieniem na kamieniu z fletem? I chociaż jest uroczo i delikatnie, słychać każde tchnienie w ustnik – to nie jest mój Włóczykij. Więc idę go szukać. Nasłuchuję czy zaśpiewa ze wszystkimi magiczne zaklęcie lalala, które przyprawia o zapomnienie… idźmy dalej, to nie on woła.

Zatem chwila zadumy nad tym faktem twarzą w twarz z tym panem, który swoją osobą bardzo na mnie oddziaływał. Na szczęście nie na długo można było tonąć w melancholii. Georg z Orrim wzięli smutne dziecko za ręce i zaczęli pląsy, aż świat wybuchł feerią barw. Nie wiadomo już czy to ziemia się kręci czy niebo obraca. Wszystko tańczy, wszystko świętuje, z nieba sypią się płatki migdałowe. Otwieram oczy i gdzie jestem? Stoję znów na stromych skałach. Nie wiem czy zostać tutaj z nimi czy skoczyć z tej wysokości. Pojawiamy się i znikamy jak odgłosy spod smyczka. I nie jestem sama. Jest nas dużo i wszyscy mają jedno na ustach. Varuð! Varuð! Czarni przewodnicy pokazują drogę, widać już tylko jogurtowe niebo, do którego odpływamy.

A tam, instruowane przez wzbudzającego największą ufność starszego Holma w jakim rytmie ma się poruszać, defiluje słońce. W jego pełnej krasie stoi człowiek z ptaśkową gitarą. Wprost promienieje i dostarcza niesamowitych przeżyć dzięki tej grze światła. Dopóki promienie nie zaczynają go roznosić do tego stopnia, że jego smyczek znika w niebycie podczas Hafsól. Biegniemy w stronę słońca. Przecież się nie sparzymy.

Ktoś usiłuje mnie obudzić, ale to jest raczej jak ostatnie przed przebudzeniem odwrócenie się na drugi bok. Wracam więc na pokład okrętu. W całej swej zieloności unosi się nad morzem, a wszystko wokół mieni się, jakby mżawka zatrzymała się w miejscu. Nierealnie, delikatnie. Suniemy tak nad oceanem. Wstrzymujemy oddech na całkiem długo, uspokajamy się, zamykamy oczy. Ekki múkk. Albo całkiem odwrotnie – wiele dźwięków. Topimy się w iskrach. Tylko oddech, bicie serca, z tym bagażem nurkujemy gdzieś w dół ku szczelnej ciszy. Tjúúú.

Zmącona delikatnie po raz pierwszy. Dźwięk rozwija się i milknie. Jak, dlaczego? Cisza nadszarpnięta zostaje po raz drugi, lecz znów zapada. Dzieci się cieszą, bo są już na kamienistej plaży. Ojciec Georg wziął wycieczkę w swoje ręce. Na drodze stanął mały Orri z wielkim bębnem. Teraz widzę wszystkich, chociaż nieco przez łzy wzruszenia. Idziemy zdecydowanie i jest nas coraz więcej, a wewnątrz mnie narasta euforia. Wypatrujemy razem błyszczącego słońca, którego małe odpryski utkwiły w każdym z nas w momencie, gdy mały Orri rzucił hasło do biegu. Jego bęben dodaje odwagi, więc nie patrzymy pod nogi, odbijamy się od krawędzi. A za nią…

…spadamy wprost w Popplagið. Serce bije jakoś tak inaczej. Nie ma mojego Włóczykija. Za niepozornym perkusistą chowa się Dagur Holm. Dagur – Dzień. Światło niemalże dzienne walczy z czerwoną poświatą, na której piekielnie rośnie w siłę Georg. Wprowadzają w trans. Spadamy z krawędzi, udając, że da się latać. Chwilami nawet się to udaje – niesamowite uczucie pełnej lekkości, kiedy nie patrzy się w dół i ma jeszcze nadzieję. Kiedy nie otwiera się oczu i nie widzi tej walki światłości z piekielną czerwienią. I wtedy na ziemię wracają dinozaury. Orri Páll Dýrason staje się nagle kimś innym. Z zaciętym wyrazem twarzy spycha w przepaść, nie dając szansy na odfrunięcie. Mocą swojej gry dopada ofiary jak jastrząb. Podróż za chwilę się skończy i nikt nie wyjdzie stąd taki sam jak przed poznaniem innego świata. Nadciąga Ragnarök. Zimne światło wyostrza obraz. Orri ogłasza bliski tragiczny koniec i obraca mnie w proch szarpany wichrem. Giną dinozaury, świat zamarza, a oni – giganci – grają w burzy śnieżnej, przysłaniając słońce. Teoretycznie bez happy endu. A może polega on na tym, że dach hali ocynowni nie pogrzebał nas na tym finale szczęśliwych na wieki.

Właściwie to nadal nie wierzę, że przeżyłam ten spektakl – bo tak to trzeba ująć. Jak inaczej nazwać dźwięki i obrazy, które wysyłają w inny świat stworzony w idealnej przestrzeni? A może naprawdę tylko śniłam, że tam byłam? Przeżyłam sen o czystym pięknie w nieco niepełnej postaci. Zabrakło podstawowego składu, aczkolwiek, Sigur Rós rozbudzili mój apetyt na kolejny występ. Tym razem już z moim Włóczykijem, by opowiedział swoją historię. A moja bajka kończy się jednym, ciężkim w siedmioletni ładunek emocjonalnym słowem – dziękuję!

Zdjęcia z materiału filmowego Sacrum Profanum – reportażu z koncertu Sigur Rós i Kronos Quartet.  Źródło: sacrumprofanum.com


Written By
More from úlfurinn

Árstíðir zagra w Mysłowicach!

W najbliższą niedzielę, 14 lipca, islandzki indie-folkowy sekstet Árstíðir zagości we Wrocławiu,...
Read More

Dodaj komentarz