Snorri Helgason i Hjaltalín w Iðnó

W Polsce zapowiada się istna wiosenna burza koncertowa, ale z okazji zbyt niskich temperatur obwieszczających, że zima się nigdzie nie wybiera, wywiało mnie do zdecydowanie cieplejszej… Islandii. Wierzcie, bądź nie, ale za szybą bywa piękne słońce, wcale nie pada nieustannie, wiatr głowy nie urywa, a obudzić mnie potrafi piękne słońce świecące wprost w moje reykjavickie okno.

You can read this article in English!

W piątek 22 lutego człowiek włącza lokalne radio i może poczuć się jak w siódmym niebie. Cały dzień w Rás2 słychać było piosenki Radiohead – z okazji 20-lecia wydania debiutanckiej płyty – oraz Hjaltalín, bo wieczorem odbyć się miał koncert w samym sercu stolicy Islandii. Miejsce niesamowite! Iðnó to teatr z restauracją, umiejscowiony tuż nad brzegiem jeziora Tjörn. Stąd też w sali znajduje się robiąca wrażenie wysoka scena, która przywiodła mi na myśl skojarzenie z ulubioną bajką dzieciństwa – Muminkami. Pamiętacie pływający teatr? Tak właśnie to zobaczyłam, tylko jeszcze nic nie odpłynęło. A przecież mogłoby, bo stoi tuż nad Tjörn.

Tak więc na dobry początek wieczoru – Snorri Helgason. Już dawno temu (rok jak nie więcej) śniło mi się, że Borówka przywiózł nam do Polski Snorriego. Ale nie tak jak zazwyczaj. Mr. Silla i Guðmundur Óskar Guðmundsson w składzie. Do tej pory w futerale singer-songwritera nie zmieściła się tak liczna kompania, a i tylko gitarę akustyczną przywoził ze sobą. Wiecie, że jest czego żałować? Owszem, urocze są akustyczne wersje piosenek Snorriego, ale o ileż pełniejsza aranżacja jest na płycie? A w dodatku przedstawiona na żywo ukazuje kunszt muzyków. Snorri nie raz chwytał tego wieczora za gitarę elektryczną, przestając być dla mnie „tylko” singer-songwriterem. Pokazał wreszcie swoją twarz ze Sprengjuhöllin. Do tego anielski głos Mr. Silla, czyli Sigurlaug Gísladóttir znanej także z Múm, wspomniany już Guðmundur Óskar – czarodziej basu – i… człowiek w czapce z daszkiem. Perkusista, który chyba nie śpi, nie je, nie pije, jeno gra w nieskończoność, bo na ostatnim Airwavesie występował z sześcioma zespołami (!), a właściwie współtworzy około 10 projektów. Ponoć na Islandii brakuje perkusistów. Byłabym skłonna stwierdzić, że kiedy mają tu tak niebanalne jednostki jak Magnús Trygvason Eliassen, to po prostu nie potrzebują ich więcej.

W Iðnó na początek wybrzmiała piękna piosenka River, do której mam słabość od czasu premiery albumu Winter Sun. Zwłaszcza w tej wersji bogatej aranżacyjnie. Była także Mockingbird, Julie, dwa nowe utwory, które nie zapowiadają aż tak drastycznej zmiany stylistyki, jak to ostatnio zaserwował nam zespół Hjaltalín, oraz Winter Sun #2.

Kto był w Polsce na koncercie Snorriego Helgasona, pewnie już zdążył zauważyć, że Islandczyk ma słabość do Arethy Franklin. Toteż żaden bis bez jej utworu chyba nie ma racji bytu, a Do right woman, do right man i Mr. Silla jako wokalne wsparcie – cud, miód i orzeszki w czekoladzie. Rozpłynąć się można. Ta pani nie śpiewa. Ona rozsiewa perełki dźwięków z każdym tchnieniem w stronę mikrofonu.

Jedynie na półgodzinną przerwę ze sceny zszedł Guðmundur Óskar, by powrócić ze swoim o wiele większym, bardziej doświadczonym już i bardziej znanym składem niż załoga Snorriego Helgasona. Zgasły światła. Na scenie szóstka ludzi. Moja poprzeczka zawisła chyba bardzo wysoko. Osobisty album roku, którego mogę słuchać jedynie po zmroku, najlepiej będąc w jakimś środku transportu (samochód we mgle, to jest coś!). Enter 4 wybrane płytą roku przez całą redakcję strony, do tego mój nieobojętny stosunek do zespołu i pierwszy koncert na ziemi islandzkiej. Czegoś takiego zepsuć nie można, po prostu nie godzi się!

Wraz z pierwszymi dźwiękami utworu otwierającego ostatnią płytę, Lucifer/He felt like a woman, rozpoczęła się gra światła i cienia. Światłem był ów blond Wiking – Högni Egilsson – odziany na biało, który wydawał się przeżywać teksty z nowej płyty o wiele bardziej niż te z poprzednich albumów. Tuż obok niego spowita w cień diwa. Moja królowa. Sigríður Thorlacius. Jeszcze półtora roku temu, kiedy widziałam Hjaltalín w Warszawie, nie miała w sobie tej pewności siebie, swego rodzaju dumy, świadomości własnych wielkich możliwości. Podczas jednego z utworów towarzyszyła jej na scenie Mr. Silla. Zaprawdę niesamowity to duet.

Po początku z Enter 4, bo Forever someone else także się pojawiło, nadszedł czas na nieco starsze utwory. Było ich niewiele podczas całego koncertu, raptem dwa – Suitcase man oraz Goodbye July/Margt að ugga. Usłyszeć można było praktycznie całość nowej płyty. Jeśli jest ona dla Was czarująca w wersji albumowej, to już bym odkładała pieniądze na bilet na koncert podczas nadchodzącej trasy. Miałam łzy w oczach przy tak cudnym Ethereal, gdzie na scenie pozostał sam Högni i zasiadł do fortepianu, a jedna jedyna wiązka światła padała na jego plecy. Na scenę wkradł się Viktor Orri Árnason i wyczarował swoimi skrzypcami łagodne przejście do I feel you. A ja już myślałam, że po Ethereal zalega najgłębsza cisza z możliwych… Z tej płyty nie da się wybrać jednego ulubionego utworu, nawet koncertowego, bo jakże faworyzować, jeśli w takim One the Peninsula Sigga rzuca na kolana? Albo słuchając We w wersji ostatecznej, mając w pamięci, jak ten utwór brzmiał w Warszawie w lipcu 2011 roku – czy można pomyśleć coś innego niż to byłby przepiękny finał? I okazało się, że właśnie było przepięknie, bo po tym utworze zespół zszedł ze sceny.

Wrócili na bis. Jak by mogli tego nie zrobić, skoro chcieliśmy więcej muzyki? Zaaplikowali dożylnie nowy utwór, w którym śpiewa Högni i który zawartością emocjonalną zbliżony jest do materiału z Enter 4. Przy odrobinie szczęścia, będzie go można już niedługo usłyszeć. Na finał niesamowity cover Beyonce, po którym zespół zszedł z uśmiechem ze sceny teatru Iðnó, pozostawiając niektóre osoby na sali wewnętrznie roztrzęsione jak brzozowe listki na wietrze.

SnorriHelgason.com

Hjaltalín Music

Written By
More from úlfurinn

Nowe październikowe wideoklipy

Początek października zapisał się obfitością premier nowych obrazów Islandczyków. Minęły zaledwie 4...
Read More

Dodaj komentarz