Reykjavík Music Mess 2013 – relacja

Pamiętam, jak została ogłoszona pierwsza edycja Reykjavík Music Mess. Moją uwagę przykuły wtedy trzy zespoły – Swords of Chaos, Sudden Weather Change i Deerhoof (który powraca w tym roku na ATP!). Po raz pierwszy festiwal odbył się w kwietniu i bladego pojęcia nie miałam, że 2 lata później nadarzy się okazja, by przeżyć to wydarzenie na własnej skórze. Oto mamy rok 2013, weekend 24-26 maja, a ja dostałam najpiękniejszy prezent urodzinowy, jaki mogłabym sobie wymarzyć – już nie album roku (GusGus) czy EPka roku (Sin Fang), ale cały islandzki festiwal muzyczny z 17 artystami, w tym trzema spoza Islandii, którzy występowali głównie na scenie najczęściej odwiedzanego przeze mnie muzycznego klubu w Reykjavíku – Volta.

Nie wszystkie koncerty jednak odbywały się w pobliżu Tjörn. Drugim z gospodarzy festiwalu był KEX Hostel. Oprócz dobrych dźwięków i przytulnej atmosfery raczył też swoich gości najlepszym widokiem na Esję i Zatokę Faxa. Rzut beretem i siedzisz nad oceanem… ale wróćmy do muzyki. Otwarcie festiwalu stało pod znakiem Boogie Trouble i wystawy wariacji na temat zdjęć artystów, którzy mieli bawić w Reykjavíku przez najbliższe 3 dni. Bujające disco lat 70., brakowało tylko dyskotekowej kuli, bo dobry bas był. Zdecydowanie był to występ wprowadzający w leniwy nastrój festiwalowy.

Dzień I

Pierwszego dnia Music Mess wreszcie doświadczyłam atmosfery festiwalu w Reykjavíku. Dystans z KEX do Volty do dużych nie należy, co nie zmienia faktu, że odczułam na wstępie stratę dobrego koncertu. Klub w sercu miasta wchłonął mnie do swojego elektronicznego świata, natychmiast otaczając dźwiękami Tonik. Jeden utwór to dla mnie zdecydowanie za mało, chciałoby się więcej, ale kto się spóźnił, ten trąba.

Miałam spore nadzieje na ten wieczór. Swoją klasę miał pokazać Bloodgroup i Sykur, tymczasem dla mnie najlepsze okazały się te pierwsze koncerty, kiedy jeszcze nie było w sali zbyt dużo ludzi (i wszyscy chowali się pod ścianami). Toteż Good Moon Deer sprawił, że szczęka mi opadła. Eksperymentalny duet z niesamowitą perkusją. Dźwięki wprowadzającą w jakąś pętlę czasoprzestrzenną, wywołujące trans, a to wszystko okraszone niesamowitymi umiejętnościami i nieskończonymi pokładami energii perkusisty. Ostatni raz byłam w takim stanie osłupienia, kiedy Greg Fox chciał zmieść moje bębenki z powierzchni ziemi na koncercie Bena Frosta. Panie, panowie, Ívar Pétur Kjartansson niebanalnym perkusistą jest. I podpisuję się pod tym zdaniem wszystkimi kończynami.

Bloodgroup @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Apogeum podziwu zostało osiągnięte. Scena Volty okazała się zbyt mała, kiedy rozkładać swój sprzęt zaczął Bloodgroup ze składem poszerzonym o Doddiego – tak, tak, jego zabawki perkusyjne wywołują uśmiech na mojej twarzy już na dzień dobry. Występ ten stał dla mnie jednak pod znakiem parafrazy w dziką taśmę zaplątani, bowiem atrakcją wystroju była magnetofonowa taśma zwisająca z rampy. Walka Raggiego Jónssona ze scenografią okazała się zacięta i dość wyrównana. Ale brawo dla niego – zwyciężył! Zresztą nie tylko on, również cały zespół – Bloodgroup zagrał jeden jedyny starszy utwór – na bis (reszta materiału była nowa). O ile nie doznałam amnezji, bis w klubie Volta miał miejsce tylko raz podczas całego festiwalu. Wieczór zamknął Sykur. Jeśli cierpicie na brak energii – ta czwórka z syntezatorami ma na to świetne lekarstwo. Sceniczne bestie, zwłaszcza wokalistka Agnes Björt Andradóttir, która wreszcie zeskoczyła ze sceny. Biada temu, kto nie tańczył!

Dzień IIOyama @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Dobrze jest się obudzić, popatrzeć na własną rękę z opaską wstępu i pomyśleć, że dziś jest ten dzień.

Wieczór w klubie Volta otworzył Just Another Snake Cult. To był chyba jedyny występ tego wieczoru, który nie był głośny. Takie przyjemne drapanie za uszkiem – lo-fi pop, wiolonczela. No i po tym koncercie się zaczęło. Podkręcamy ogień. Oyama wyłonili się z chmury dymu, rozkwitając gitarową ścianą dźwięku. Powinnam się chyba przyzwyczaić do tego, że ilekroć ktoś obok mnie widzi ich po raz pierwszy, nie może uciec przed czarem Júlíi Hermannsdóttir. Co właściwie przypomniało mi, dlaczego poszłam na ich drugi koncert i jakoś tak to się potoczyło, że teraz są najczęściej widzianym przeze mnie na scenie zespołem. Stąd też mogę powiedzieć, że oni nie nudzą, ani nawet nie próbują przynudzać słuchacza. Niedowiarków odsyłam do wszelkich zarejestrowanych wersji The Garden, bo nie sposób odmówić Oyama frajdy na scenie (albo raczej w przypadku Reykjavík Music Mess – przed nią). Z niecierpliwością i nieskrywaną radością czekam na nowe wydawnictwo, bo po dwóch niepublikowanych jeszcze utworach wykonanych na koncercie jestem pewna, że debiutancka płyta będzie zacna.

Muck @ Reykjavík Music Mess 2013

Muck na scenie – skaczemy na głęboką wodę! Chyba żaden zespół nie wywołuje u mnie takiej czystej radości, jak ta hardkorowa czwórka na scenie. Owszem, mogą zabić poziomem decybeli, ale z jaką energią! Na kilkadziesiąt minut odnajdują równowagę w chaosie i istnym szale. Scena okazuje się nie mieścić takiego ładunku, toteż nawet nie wiadomo kiedy, jak i gdzie, ten szatan, którego twarzy nie sposób zobaczyć, zaczyna się rozprzestrzeniać zza mikrofonu torem ruchu cząsteczki gazu, zachowując przy tym również jej prędkość. A skoro już Loftur Einarsson obsługuje bas na siedząco, to znaczy, że było srogo.

Jeśli jednak Muck dali niezły popis, to nie wiem, jak określić DZ Deathrays z Australii. Mają w dorobku zaledwie jedną płytę, na koncertach przejawiają zdecydowane ADHD na gitarę elektryczną (z mikrofonem) i szalone bębny, a perkusista chce chyba wybębnić cały swój żywot w ciągu 45 minut. Z taką intensywnością kiedyś mu się to wreszcie uda. Takie muzyczne we only live once. Co zabawne, poza sceną wyglądają na spokojnych chłopaków, ale dać im wzmacniacz i własnych myśli nie usłyszycie. I niech mi ktoś powie, że oni nie odpalą torpedy turboenergetycznej…!

Mammút @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Po takich dwóch elektryzujących występach pora na schłodzenie organizmu. Ciut ciszej, pięknie, klimatycznie, ale wciąż z rockowym pazurem. Mammút. Niebanalne zdolności wokalne, a przy tym skuteczne absorbowanie uwagi. I miałam rację, żywiąc nadzieję, że sobota będzie wieczorem basistów. Każdy z trzech występujących tego wieczoru ujął mnie czymś innym, odmiennym podejściem do muzyki, którą grali, różnym sposobem przeżywania dźwięku. Mimo niełatwego wyboru, zdecydowaną królową dnia (a raczej bardziej pasowałoby użyć tu słowa nocy) została Ása Dýradóttir. Ona po prostu zahipnotyzowała. Do tego na koniec Salt… Nowy album Mammút unosi się już w powietrzu.

Dzień III

Loji @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Niedziela – czas odpoczynku. Najpierw z Lojim. Zaskakujące, jak sporo osób pojawiło się na tym otwierającym wieczór koncercie, porównując to do frekwencji koncertów rozpoczynających noc piątkową czy sobotnią. Loji Höskuldsson, gitarzysta znany z Sudden Weather Change czy Prins Póló, tym razem wyszedł na scenę zagrać solowy materiał z własnym zespołem. W aranżacjach bogatszych o drugą gitarę i perkusję przedstawił materiał, który ujrzy światło dzienne przed końcem tego roku. Pora poddać się rytmowi. Temu, który skradał się na palcach, rozpędzał, by wzbić się w powietrze i niespodziewanie ponownie schować na kilka chwil.

Stafrænn Hákon. Przypomniały mi się czasy liceum, kiedy jeszcze fakt, że są z Islandii, był wytrychem. Więc po kilku dobrych latach znalazłam się w reykjavíckim klubie i zatopiłam w tych dźwiękach. Nieważne – z otwartymi czy zamkniętymi oczyma. Nawet lepiej z otwartymi, bo mogłam zobaczyć, że nie tylko ja stoję na krawędzi innego świata. Jeden krok i jestem gdzie indziej, frunę. I ta jedna uparta myśl – post-rock jest po to, by nauczyć ludzi latać.

Monotown @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Tak więc podrygujący Withered Hand ze Szkocji zastał mnie w nieco innym stanie świadomości. W niedzielę jakiś cudem o wiele łatwiej było się wszystkim zmieścić na scenie Volty, a ekipa z Wielkiej Brytanii do najmniejszych nie należała. Muzycznie wywołują singer-songwriterski folkowy przytup, w jednej osobie potrafią zawrzeć gitarzystę, mandolinistę i skrzypka, a Heart Heart jest genialnym utworem do śpiewania w środku nocy.

Na finał dostałam Monotown. Jeden z najbardziej obiecujących islandzkich zespołów ostatniego czasu. W planach mają wydanie debiutanckiego albumu jeszcze w 2013 roku. Czasem skręcają w stronę niesfornego britpopu, dodają szczyptę beatlesowskich brzmień lat 60., o psychodelii też nie zapominają. Grają świetnie, ale islandzkie Kopciuszki pobiegły spać, bo przecież w poniedziałek trzeba wstać do pracy. I niech Kopciuszki żałują. Can Deny był dla wybrańców, tych kilkunastu osób, które zostały w klubie do końca. I warto było, oj, warto! Na te dwie ostatnie minuty festiwalu Guðmundur Óskar Guðmundsson uczynił mnie najszczęśliwszą osobą w Volcie za sprawą tłustego basu. Idealny koniec niesamowitego weekendu.

Jakkolwiek pierwsza elektroniczna noc okazała się nie być do końca moją bajką, to koncerty w pozostałe dwa dni dostarczyły naprawdę przyjemnych doznań muzycznych. Do tego dodać należy atmosferę małego klubu, z którego wychodząc w środku nocy (według polskiego zegara biologicznego), miałam świadomość, że jest już jasno, a nie jeszcze (a i tak panowała raczej pochmurna pogoda). Więc… czy mogę mieć podobny scenariusz świętowania urodzin w przyszłym roku? Obiecuję być grzeczna!

Bloodgroup @ Reykjavík Music Mess photo: Justyna WilczyńskaBloodgroup @ Reykjavík Music Mess photo: Justyna Wilczyńska

Oyama @ Reykjavík Music Mess photo: Justyna WilczyńskaOyama @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Muck @ Reykjavík Music Mess photo: Justyna WilczyńskaMammút @ Reykjavík Music Mess photo: Justyna Wilczyńska

Loji @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna WilczyńskaMammút @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Muck @ Reykjavík Music Mess 2013Monotown @ Reykjavík Music Mess 2013 photo: Justyna Wilczyńska

Monotown @ Reykjavík Music Mess photo: Justyna Wilczyńska

Written By
More from úlfurinn

Muzyczne pocztówki z Islandii – Grísalappalísa

Muzycy Grísalappalísa, jak obiecali, tak nie pozostawili słuchaczy niewzruszonych w tym roku....
Read More

Dodaj komentarz