Rok 2017 podsumowują Ragnar Ólafsson, Einar Indra i Wim Van Hooste

W trzeciej, ostatniej części muzycznego podsumowania 2017 roku dowiecie się jak wspominają go Ragnar Ólafsson i Einar Indra. Ten pierwszy kończył rok bardzo intensywnie, koncertując z Árstíðir i wspierając na scenie Sólstafir. Z kolei Einar wydał kolejną EPkę, a rok zakończył wyróżnieniem Reykjavik Grapevine w kategorii „Artist To Watch”. Swój subiektywny przegląd najciekawszych wydarzeń przedstawi też Wim Van Hooste, czyli Dr ROK.

Bardzo dziękujemy wszystkim naszym przyjaciołom, którzy wzięli udział w tegorocznym podsumowaniu! Futuregrapher, KRÍA, Ruxpin, Mr. Silla, Hania Rani, Arletta Przynoga, Katrín Helga Andrésdóttir, Ragnar Ólafsson, Einar Indra i Wim Van Hooste! Thank you so much!



Ragnar Ólafsson – Árstíðir, Sign

To wszechstronny muzyk, multiinstrumentalista i kompozytor. Jest członkiem -założycielem kilku zespołów, z którymi wydał kilkanaście albumów. Grał w tych kapelach bardzo różnorodne gatunki – od jazzu, przez muzykę operową, ludową, pop, rock aż po metal. Najbardziej znaną z jego grup jest Árstíðir, z którą wydał cztery albumy studyjne (dwa dotarły do szczytu listy najpopularniejszych płyt na Islandii) i koncertował w ponad 30 krajach. Napisał też muzykę do kilku filmów. W 2016 Ragnar Ólafsson rozpoczął solowy projekt pod własnym nazwiskiem, pokazując kolejną stronę swojej twórczości. Tym razem to spokojne, nastrojowe granie w klimatach singer-songwriter. W ubiegłym roku wydał debiutancki album Urges (wydany także w Polsce przez Borówka Music).

Ragnar Ólafsson: 2017 był dla mnie niezwykle twórczym i muzycznym rokiem. Właściwie cały rok spędziłem w studiu, w trasie z moim solowym projektem albo z Árstíðir.

Jako muzyk mam dwa tryby funkcjonowania: tryb wejściowy lub wyjściowy. Kiedy przełączam się na tryb wyjściowy (out-put) nie słucham zbyt wiele muzyki. Zamiast tego skupiam się na uczuciach i pomysłach, które mam w sobie i nadaję im kształt piosenek.

W tym roku wydałem solowy album, nagrałem też dwie płyty z Árstíðir (obie zostaną wydane na wiosnę). Na dodatek, napisałem materiał na swój nowy album, zatytułowałem go “Needle & Thread” i zamierzam go wydać jeszcze tej zimy.

Kiedy komponuję, inspiracje przychodzą przez doświadczenie natury i spotkania z interesującymi ludźmi. Nie przez muzykę. Kiedy pisałem “Needle & Thread” spędziłem miesiąc nad rzeską Missisippi, z gitarą akustyczną, w spokoju słuchając dźwięku wody.

Gdy koncertuję jestem w trybie wyjściowym, skupiam się na dostarczaniu esencji mojej muzyki słuchaczom. Pisząc to jestem właśnie na finiszu 5-tygodniowej trasy po Europie z Árstíðir & Sólstafir. Gram dwa koncerty każdej nocy odkąd wspieram Sólstafir na organach Hammonda. (Nasza relacja z koncertu Sólstafir w Krakowie – tutaj.)

Ale po tak niesamowicie produktywnym roku czuję się już niesamowicie podekscytowany tym, że znów przejdę w tryb wejściowy i znów połączę się z moją muzyką. Nie mogę się też doczekać odkrywania nowej, pięknej muzyki w 2018 roku.

 


Einar Indra w Krakowie. Foto: Bartek Wilk

Einar Indra

Jest artystą nietuzinkowym. Subtelny głos, okraszony ciepłą elektroniką bardzo dobrze oddaje jego charakter. Utwory Einara skracają dystans między artystą a odbiorcą do minimum, głównie za sprawą osobistych tekstów i dość specyficznego sposobu śpiewania. Na koncie ma trzy EPki, ostatnia zatytułowana Unravel ukazała się w sierpniu 2017 roku nakładem Möller Records. Koncertował już w Polsce – zagrał krótką trasę w 2016 roku, wystąpił też wspólnie z polskim zespołem SALK podczas ich trasy na Islandii.

Einar Indra: Zacząłem ten rek od występu na Ment Music Festival w Słowenii. To było fantastyczne, nowy festiwal ale niesamowicie dobrze zorganizowany z genialnymi muzykami, głównie ze Europy Wschodniej.

Jeśli chodzi o muzykę z Islandii, to według mnie, najciekawszym wydawnictwem 2017 roku była EPka Gangly. Z kolei z albumów zagraniczynych wskazałbym nowy Ferer Ray.

W tym roku, niestety, byłem na niewielu koncertach, ale widziałem Sólstafir, podczas Reeperbahn festival i muszę przyznać, że byli po prostu genialni. Nie słucham zbyt wiele heavy metalu i nigdy wcześniej nie widziałem ich na żywo, więc była to niesamowicie miła niespodzianka.

 



Wim Van Hooste – Dr ROK

Dziennikarz muzyczny od 1987 roku zakochany w Islandii. O muzyce z Islandii pisze od 2006 roku – pod różnymi pseudonimami: “I love Icelandic music”, “Icelandic music mafia” czy “Icelandic music mob”. Pisze dla rokmusik.co, publikuje też w kwartalniku Reykjavik On Stage.

Don’t look back in Anger…

Wim Van Hooste: Oto moje osobiste spojrzenie na muzyczny rok 2017. Jeśli chodzi o wydarzenia międzynarodowe, to bardzo ucieszył mnie powrót brytjskich shoegazerów Rio anno June z albumem “Weather Diaries” (Wichita Recordings). Kolejny świetny album to “Everything now” (Sonovox/Columbia), piąta płyta kanadyjskiej grupy Arcade Fire, wydana w lipcu.

Ponieważ jednak od 1987 roku to muzyka isalndzka jest dla mnie najważniejsza, to przejdźmy już do niej. Album, którego słuchałem najwięcej, to “Hausi”, dziesiąta płyta w dorobku Stafrænn Hákon, wydana we wrześniu przez Vogor Records. Poza przepiękną oprawą graficzną, odrębną dla LP i CD zawiera najbardziej uzależniające postrockowe dźwięki 2017 roku.

Powrót duetu Legend, którego frontmanem jest Krummi (Minus). 5 lat po wydaniu fantastycznego debiutu „Fearless” (Storming the base, 2012), ich “Midnight Champion” (Artoffact Records) to prawdziwy tryumf aleternatywnej elektro-rockowej sceny.

Moja dobra przyjaciółka Heiða Eiríksdóttir (Unun, Hellvar) pojechała w ubiegłym roku do Berlina, żeby samodzielnie nagrać noise’owy album (wydany przez FALK) i drugi, wydany pod pseudonimem Heidatrubador, zatytułowany “Fast”. Za miks i mastering odpowiedzialny był megautalentowany geniusz Curver Thoroddsen ‘(Ghostigital) i Heiða. Ja zrobiłem okładkę do tej płyty, inspirowaną japońskimi mangami, a druga strona to z kolei inspiracja Davidem Bowie. Głos Heiðy można też usłyszeć na albumie “More music than music” (Möller Records), który Bertel i Heiða wydali jako duet Ruddinn.

Niemiecka wytwórnia Prophecy Productions wydała dwa debiutanckie albumy – pierwszy, autorstwa Elvara, męża Heiðy. Drugi, to wydawnictwo byłego bębniarza Sólstafir – Gummiego. Pojekt Elvara nazywa się GlerAkur, a jego płyta nosi tytuł “The mountains are beautiful now”. Z kolei projekt Gummiego, to duet, który wziął swoją nazwę od wuklanu Katla. Ich płyta zatytułowana jest “Móðurástin” (Mother love). Obie płyty dostępne są jako album foto z płytą i bonusowe CD. To coś, co każdy kolekcjoner powinien mieć na swojej półce.

Islandzka wytwórnia FALK (Fuck Art Let’s Kill) miała w ubiegłym roku dwa fantastyczne wydawnictwa: kasetowe – ThizOne “Disconnected” i 12 calową split-epkę Fascia/Decanter. Z kolei Lucky Records wydało świetną płytę Epic Rain – „Dream Sequences”.

Lady Boy Records wypuściło kasetowe wydanie Rattofer “Nineteen Eighty Floor”, a Mosi Frændi zaskoczyli płytą “Óbreytt ástand”, zmiksowaną i zmasterowaną przez niezwykle zajętego Curvera, a jakże.

Tym, którzy kolekcjonują kompilacje przypominam też o składance „018” od Lady Boy Records i Myrkfælni “Compilation 1”, która została wydana razem z czarno białym zinem.

https://ladyboyrecords.bandcamp.com/album/lady-boy-records-018
https://myrkfaelni.bandcamp.com/releases

Pierwszą część podsumowania 2017 roku, w której swoimi refleksjami na temat ubiegłorocznych wydarzeń muzycznych podzielili się Futuregrapher, KRÍA i Ruxpin znadziejcie tutaj.  W drugiej części przeczytacie czym zachwyciły się Mr. Silla, Hania Rani, Arletta Przynoga i Katrín Helga Andrésdóttir. Link tutaj.

Written By
More from Bartek Wilk

19 sierpnia nowy album Pascal Pinon

Trzeci album Pascal Pinon ukaże się 19 sierpnia. Na „Sundur” znajdzie się...
Read More