Specjalnie dla sigur-ros.art.pl rozmowa z Biggim z Sundlaugin Studio

Końcem ubiegłego roku poprosiłem o wywiad osobę, która wszystkim fanom muzyki islandzkiej kojarzy się nieodłącznie z Sigur Rós i urządzonym w starym basenie studio nagraniowym Sundlaugin. Choć wszyscy znają i cenią efekty jego pracy, to jednak o nim samym wiemy niewiele. To jedyny człowiek, który zna wszystkie niuanse brzmienia Sigur Rós, to on rejestrował dźwięk do Heimy, a także sesję nagraniową zespołu w maju ubiegłego roku, z której ostatecznie zespół zrezygnował.

O islandzkiej muzyce, studiu Sundlaugin, pracy z Sigur Rós i jego skojarzeniach z Polską rozmawiałem z Birgirem Jónem Birgissonem, czyli Biggim.

Bartek: Sundlaugin to najbardziej znane islandzkie studio. Wszyscy kojarzą studio z Sigur Rós i słynnym budynkiem starego basenu. Ale poza muzykami, którzy tutaj nagrywali niewiele osób wie kto tak naprawdę tworzy Sundlaugin. Ty jesteś jego głównym motorem, inżynierem dźwięku, menedżerem. Czy możesz powiedzieć nam parę słów o sobie i o tym, kiedy i jak to wszystko się zaczęło?

Biggi: Zacząłem pracować jako inżynier dźwięku w Narodowej Rozgłośni Radiowej, to było pewnie jakieś piętnaście lat temu. Zajmowałem się nagrywaniem koncertów i zrealizowałem kilka występów Sigur Rós, gdzieś w czasie, kiedy pracowali nad wydaniem Ágætis Byrjun no i tak właśnie ich poznałem. Jeden z tych koncertów był transmitowany na żywo i jednocześnie nagrywany – to był występ z okazji wydania płyty, wciąż mamy to nagranie i ostatnio pracowałem nad nim trochę, być może nawet zostanie wydane w najbliższej przyszłości. Kilka lat później pojechałem na studia do Londynu, a pod koniec studiów Kjartan zadzwonił do mnie z propozycją objęcia posady inżyniera i menedżera studio. Trudno jest się wbić do przemysłu muzycznego, więc chociaż miałem zamiar zostać w Londynie przez kilka lat, zdecydowałem się przyjąć ofertę i wrócić do Islandii.

Bartek: Praca w studio to właściwie ciągła praca 24 godziny na dobę. Ale masz przecież tylko dwie ręce. Cy masz też jakichś asystentów, współpracowników, czy też wolisz sam panować nad wszystkim?

Biggi: Mniej więcej rok temu zaczęliśmy zatrudniać praktykantów w studio, ale poza tym to tak na prawdę od lat wszystkim zajmuje się jedna osoba. Pewnie jestem trochę maniakiem jeśli chodzi o kontrolowanie pracy w studio, ale to też jest kwestia doświadczenia. Musisz mieć sporą wiedzę, żeby wszystko poustawiać i zacząć sesję od początku. Próbuję przekazywać praktykantom tyle zadań ile to możliwe, ale to zawsze musi przebiegać płynnie. Na szczęście będziemy mogli zatrudnić w najbliższej przyszłości asystenta, który przejmie część obowiązków.

Bartek: Nazwa studia oznacza po islandzku ‚basen’. I w rzeczywistości to zaadaptowany budynek starego basenu, wybudowanego w 1930 r. Studio zmieściło się w nim bez problemów?

Biggi: Tak na prawdę, to bardzo fajnej wielkości studio, z wysokimi sufitami, co jest najważniejsze dla miejsca, w którym chce się nagrywać. Jest też mnóstwo miejsca na „iso booths” (czyli coś w rodzaju wyizolowanych kabin, w których nagrywa się części sesji – przyp. red.), instrumenty no i sporo miejsca dla muzyków. Mamy cztery wyizolowane pokoje, jeden z nich ma wielkość 60m2, a pozostałe trzy są wystarczająco duże, żeby zmieścić w nich pianino czy zestaw perkusyjny. Nawet reżyserka jest bardzo duża ze sporą ilością naturalnego światła i przyjemnymi widokami, więc w rzeczywistości to idealny budynek dla studia.

Bartek: Patrząc na listę wyprodukowanych w Sundlaugin płyt można odnieść wrażenie, że drzwi studia nigdy się nie zamykają. Ile albumów wyszło z Twoich rąk?

Biggi:
Nie mam pojęcia, jest mnóstwo wydawnictw, do których nagrywamy tylko perkusję i bas, albo robimy miks czy mastering albumu, więc szczerze mówiąc na prawdę nie wiem. Specyficzną rzeczą dla tej pracy jest to, że kiedy zakończymy pracę nad albumem, to bardzo rzadko go słuchamy. Zazwyczaj tylko kilka fragmentów, w których robiliśmy mastering, ale zazwyczaj kiedy już wysłuchałeś go tak wiele razy, to po prostu nie chcesz go już nigdy więcej słyszeć. Może nie powinienem mówić „nigdy”, może za 15-20 lat usiądę sobie, wezmę butelkę Jacka Danielsa słuchając Sigur Rós i opowiem moim wnukom ile zabawy było w 2010 roku.

Bartek: Większość grup goszczących w Waszym studiu, to kapele islandzkie. Wśród nich są te czołowe, ale też i te mniej znane. Powiedz, jak duża i jak bardzo aktywna jest scena muzyczna Islandii?

Biggi: Jest bardzo aktywna, nie powiedziałbym że bardzo wielka, ale na pewno prężnie działająca. Ilość świetnej muzyki, która wyszła z Islandii w ostatniej dekadzie jest fenomenalna, kiedy zdasz sobie sprawę z tego, że Reykjavik ma 200 tys. mieszkańców, a cały kraj około 300 tys. W większości krajów to byłaby wioska.

Bartek: Czy koncentrujesz swoją pracę na nagrywaniu płyt w klimatach około post-rockowych czy też zdarzają się sesje z ‚zupełnie innej muzycznej beczki’?

Biggi: Pracuję nad wszystkimi gatunkami muzycznymi. Specyfika muzyki islandzkiej jest taka, że jest ona bardzo zróżnicowana. Jest to spowodowane tym, że każdy zespół musi sobie wyrobić własny styl i silną pozycję robiąc coś zupełnie innego od pozostałych lokalnych kapel, bo są olbrzymie szanse na to, że spotkasz jedną z nich w barze po koncercie. Muzyczna społeczność jest na tyle niewielka, że każdy zna każdego, więc właściwie nie masz wyjścia i musisz robić coś wyjątkowego. Wydaje mi się też, że zarówno Bjórk i Sigur Rós przetarli szlaki w tym kierunku. Choć właściwie trzeba się cofnąć dalej, do Sugarcubes czy Kukl. I tak wszystkie prowadzą do Bjórk. To tak silna postać islandzkiej muzyki, najlepsza jaką mogę sobie wyobrazić. Gdyby Bjórk była postacią fikcyjną, na pewno byłaby Pippi Langstrumpf.

Bartek: Nagranie płyty w studiu, to marzenie wielu kapel, które zaczynają swoją muzyczną drogę. Ale taka sesja pociąga za sobą także spore koszty. Czy przeciętny, młody islandzki zespół stać na takie nagranie?

Biggi:
Islandzka ekonomia przechodzi teraz nuklearną zimę, dla zagranicznych zespołów to dobry sygnał. Poza tym staramy się utrzymać nasze ceny na przystępnym poziomie, a każdy projekt jest wyceniany w zależności od swojego własnego budżetu, więc nie powinno być tak źle. Profesjonalne wyposażenie kosztuje sporo kasy, dlatego to zawsze musi być większy wydatek, ale wydaje mi się, że ceny na poziomie 400-500 euro za dzień wliczając w to inżyniera powinny w zupełności wystarczyć większości zespołów na kilka dni pracy w studio.

Bartek: Są też artyści z innych stron świata, którzy chętnie powracają do Sundlaugin – ot choćby Jimmy LaValle z Album Leaf. Nagrał u was dwa swoje najlepsze albumy – In a safe place i Into the blue again, a także swoją najnowszą płytę. W jego albumach słychać specyficzny, islandzki klimat. Czy to bardziej zasługa klimatu wyspy, czy też może samego studia i Twoja?

Biggi:
Ostatnie dwa albumy miksował w Seattle w Bear Creek Studios. Jimmy lubi tu przyjeżdżać, ma tu wielu przyjaciół. Jest sporo osób, które wracają na Islandię po pierwszej wizycie. Powiedziałbym, że Jimmiego bardzo zainspirowały wizyty u nas – ludzie, miejsca, wiele rzeczy.

Bartek: A czy zdarzyła się kiedyś sesja nagraniowa jakiejś bardziej egzotycznej kapeli? Powiedzmy z Polski? :)

Biggi: Wspólnie z Kenem Thomasem nagrywaliśmy raz zespół z Gwinei Bissau, 14-osobowy zespół. Prawdopodobnie była to najzabawniejsza sesja, przy jakiej kiedykolwiek pracowałem. Niesamowici ludzie.

Bartek: Są też tacy, którzy czują się w studiu jak we własnym domu. Sigur Rós mają pewnie specjalne przywileje jeśli chodzi o korzystanie ze studia?

Biggi: Od zawsze mieli totalne pierwszeństwo w korzystaniu ze studia, ale teraz to się trochę zmieniło. Wciąż są uprzywilejowani, ale to wynika z faktu, że są bardziej przyjaciółmi niż klientami. Dali mi kiedyś wielką szansę, kiedy zaproponowali mi tę pracę i to jest coś, czego nigdy nie zapomnę. Więc będę przesuwać daty i zmieniać grafiki specjalnie dla nich tak długo, jak będę żył. A druga sprawa jest taka, że ja po prostu bardzo lubię pracować z nimi i przy ich muzyce. Są świetnymi ludźmi i choć przeżyłem długie miesiące ciągłego słuchania ich muzyki, nigdy mi się nie znudziła. Szczerze mówiąc myślę, że są jednym z największych zespołów w historii. Coś takiego trafia się raz na dekadę…

Bartek: Czy Sigur Rós poddają się choć trochę wpływom producenta? Czy w swojej pracy są całkowicie niezależni?
Są otwarci na pomysły, na wszystko co ubogaci ich muzykę, nie boją się próbować. Ogólnie rzecz biorąc dokładnie wiedzą dokąd chcą poprowadzić swoje utwory, dlatego rola producenta sprowadza się raczej do pomocy w uchwyceniu tego, co mają w swoich głowach, niż mówienia im jak poskładać utwór do kupy. W tym sensie są bardziej producentami dla siebie samych niż większość ludzi, których znam.

Biggi: Są otwarci na pomysły, na wszystko co ubogaci ich muzykę, nie boją się próbować. Ogólnie rzecz biorąc dokładnie wiedzą dokąd chcą poprowadzić swoje utwory, dlatego rola producenta sprowadza się raczej do pomocy w uchwyceniu tego, co mają w swoich głowach, niż mówienia im jak poskładać utwór do kupy. W tym sensie są bardziej producentami dla siebie samych niż większość ludzi, których znam.

Bartek: Wiemy, że w ubiegłym roku Sigur Rós pracowali w studiu nad nowym albumem, jednak cały materiał został wyrzucony do kosza. To chyba nie zdarza się często, prawda?

Biggi:
Nie powiedziałbym że wyrzucili te nagrania. Trzymam wszystkie te sesje z maja ubiegłego roku w szwajcarskim banku :) Jest tam kilka niesamowitych kawałków i coś, co można nazwać świetnymi pomysłami. Album nigdy nie został dokończony, choć poszliśmy dość daleko w pracach nad kilkoma utworami, to jednak nigdy nie dokończyliśmy żadnego z nich. Kto wie, może kiedyś wrócą do tych sesji, na jakimś etapie w przyszłości.

Bartek: Poczynając od () realizowałeś wszystkie nagrania Sigur Rós, także nagrania w wersjach live wydane na dvd. Które z tych nagrań było dla Ciebie najtrudniejszym wyzwaniem?

Biggi: Nagrywanie i miksowanie Heimy było dość trudne, ale jednocześnie było też wspaniałą zabawą. Musieliśmy nagrywać w trudnych okolicznościach i warunkach w jednych z najbardziej odległych miejsc Islandii. Na szczęście mieliśmy świetną pogodę – coś, na co nie możesz liczyć w połowie islandzkiego lata. Patrząc wstecz, Takk… było czystym piekłem, ale w zupełnie inny sposób.

Bartek: Przygotowując się do wywiadu szukałem jakichś polskich śladów związanych z Sundlaugin. Znalazłem dwa. Po pierwsze soundtrack do Ondine. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Kjartana do filmu, w którym główną rolę żeńską gra polska aktorka. Drugi ślad, to pseudonim jednego z artystów, który u was nagrywał. Prins Polo :) Są jakieś inne polskie ślady?

Biggi: Prins Poli, to część islandzkiej historii. To była chyba jedyna czekolada jaką można było kupić na Islandii. Kiedy mieszkałem w Berlinie czasem przejeżdżałem za granicę tylko po to, żeby kupić Prins Polo. Człowiek potrzebuje tego żeby przeżyć, to jak powietrze i woda. Dziewczyna, która grała w „Ondine” jest Polką. I jeszcze jedna rzecz, o której muszę wspomnieć, a której używam każdego dnia w studio. To pluginy polskiej firmy PSP (http://www.pspaudioware.com/). W zasadzie używam ich w każdej ścieżce, którą miksuję. Niesamowite efekty i rewelacyjne wsparcie od producentów.

Serdeczne dzięki dla Biggiego, za to że znalazł chwilę czasu, żeby podzielić się z nami tym wszystkim. Thanks Biggi!

Bartek // sigur-ros.art.pl // muzykaislandzka.pl

 

Artykuł powstał specjalnie dla polskiej strony fanów Sigur Rós – www.sigur-ros.art.pl, tam można znaleźć również jego angielską wersję językową.

Zapraszamy też do odwiedzenia strony Sundlaugin Studio – www.sundlaugin.com
Sundlaugin na facebooku – kliknij

Written By
More from Bartek Wilk

Sigur Rós na OPEN’ER FESTIVAL

„Za każdym razem, kiedy ruszasz w trasę, chcesz, żeby była ona inna…...
Read More

Dodaj komentarz