„Dobrze brzmimy razem. Po prostu to robimy, nie zastanawiając się nad tym” – rozmowa z Högnim Egilssonem z Hjaltalín


W tym tygodniu w Polsce mieliśmy aż 5 okazji obcowania z muzyką islandzką. Niemal dokładnie po 2 latach powrócił na 2 koncerty zespół Hjaltalín. Sympatyczna siódemka Islandczyków zaprezentowała zarówno stare, jak i niewydane jeszcze piosenki, a okazją ku temu było ukazanie się na polskim rynku w ubiegłym miesiącu albumu „Terminal”. Z bohaterami sceny World gdyńskiego Open’er Festival 2009 udało nam się porozmawiać po niezwykle udanym koncercie w warszawskiej Cafe Kulturalna.

Úlfurinn: Za wami wczorajszy koncert na Malta Festival, dziś graliście w Warszawie. Jakie są wasze pierwsze wrażenia z tej wizyty?

Högni Egilsson: Miłe. Bardzo miłe. Naprawdę nam się podoba w Polsce. Jest bardzo dobra atmosfera, nastrój i ludzie tutaj… Nie jestem tutaj zbyt długo, wczoraj był Poznań, Warszawa, ale ludzie na koncertach są bardzo mili.

Ú: Wasza druga płyta „Terminal” jest całkiem inna niż debiut, „Sleepdrunk seasons”. Dużo rzeczy się zmieniło u was przez te 2 lata pomiędzy wydaniem płyt?

HE: Tak, tak myślę. Wydaje mi się, że nasze życie i moje życie zmieniało się dosyć szybko przez te 4-5 lat. Sposób patrzenia na muzykę, albumy, na wszystko – szybko się zmieniał. To duża zmiana. Nie wiem, jaka dokładnie, ale zdecydowanie ma duże rozmiary. Wiesz, pierwszy album to to jak pierwszy raz wchodzisz do studia, pierwszy raz widzisz, jak to naprawdę działa. Nagrywasz album, dowiadujesz się, jak to robić. Pracowaliśmy z bardzo fajnym producentem [przyp. red. Benni Hemm Hemm oraz Gunni Tynes]. To była wielka frajda. Za drugim razem jest o wiele trudniej. Więcej perfekcjonizmu. Oba albumy wymagały od nas perfekcjonizmu, coś jak małe szczególiki, które muszą być w porządku. Może to będzie coś, co teraz zmienimy, nie wiem. Jesteśmy w trakcie prac nad nowym albumem.

Ú: Zagraliście dziś 3 nowe utwory. Znowu będzie całkiem inaczej. Więcej eksperymentów? Zabawy z efektami?

HE: Tak. Więcej brzmienia, długość trwania dźwięków, to jak się mniej więcej rozchodzą. Tak to mniej więcej będzie wyglądało. Pracuję też nad solową płytą i jest tam wiele różnych rzeczy. Ciężko powiedzieć, jaka będzie. Może się spodoba. Niektóre rzeczy brzmią w ten sposób, jak usłyszeliście. Niektóre będą się sporo różnić. Nie jestem pewien. Mam nadzieję, że to będzie dobre.

Ú: Dopiero w maju ukazał się na naszym rynku „Terminal”. Zbiegło się to w czasie z wydaniem klipu do „Feels like sugar”. Skąd pomysł, żeby tak to wyglądało? Te światła, kostiumy…

HE: Kostiumy wykonała islandzka projektantka kostiumów Filippía Elísdóttir. Ma serce, ma właściwie taką wschodnioeuropejską duszę. Pracuje tutaj w Polsce, na Litwie. Zajmuje się kostiumami w teatrach. Pracowałem z nią przy produkcjach teatralnych w Islandii. W klip był też zaangażowany litewski reżyser spektakli teatralnych Oskaras Korsunovas. Kostiumy są w stylu wiktoriańskim. Są jak stare kostiumy teatralne, które wtedy mnie zaciekawiły. No i jest też Rúnar Ingi [przyp. red. Einarsson], który zajmował się reżyserią i zdjęciami. Mieliśmy zabawę z nakręceniem tego. Wyszło bardzo spontanicznie.

Ú: Zastanawia mnie czy swoje muzyczne zdolności ćwiczyliście w szkołach, czy też rozwijaliście je na własną rękę? Kiedy słyszy się Rebekkę, to ciężko wyobrazić sobie, że nauczyła się sama jak opanować taki instrument jak fagot.

HE: Jest dobra. Uczyła się w szkole grać na fagocie. Wiesz, ja i Gunni wpadliśmy na pomysł, że bardzo fajnie byłoby mieć fagot w zespole i on stwierdził: „to taka urocza fagocistka, weźmy ją do ekipy“, więc teraz jest z nami. Na Islandii uczysz się przez taką formalną naukę w szkołach, trochę na własną rękę, rozmawiasz z ludźmi, uczysz się sam. Myślę, że dobrze połączyć oba te sposoby. Nie chcesz uczyć się wyłącznie w szkole, chcesz też grać dla siebie. Różnie bywa. Uczysz się sam, uczysz się w szkole. Nie każdy pobiera nauki u kogoś.

Ú: W ubiegłym roku w Reykjavíku zostały nagrane wasze 3 koncerty w Háskolibíó z uczestnictwem Islandzkiej Orkiestry Symfonicznej. To płyta Alpanon. Możesz nam coś więcej o tym powiedzieć?

HE: To była świetna zabawa, dużo zabawy. Musisz napisać muzykę, naprawdę spore partytury. Wiele planowania, wiele pracy, żeby to dobrze brzmiało – tworzenie muzyki, nowych aranżacji. Nagraliśmy 3 nowe utwory na ten album i zrobiliśmy nowe aranżacje innych piosenek, stare przearanżowaliśmy na nowo. Nagranie zostało bardzo dobrze zrobione. Jestem z niego dumny, to bardzo ambitny film z koncertu. Te wszystkie zbliżenia na palce podczas gry wiolonczelistów, skupienie nad grą… to dobry koncert.

Ú: Trudna jest praca z taką dużą grupą muzyków?

HE: Tak. Nie jest aż tak trudno, po prostu piszesz muzykę i oni to grają. To wspaniałe uczucie i ogromne wrażenie, mieć za sobą 90 osób, grających muzykę, którą im napisałeś. Świetne uczucie, naprawdę. Chciałbym to jeszcze zrobić nie raz.

Ú: Wróćmy do debiutu. Co znaczy druga część tytułu „Goodbye July”?

HE: Margt að ugga jest jak stary poemat, stara pieśń ludowa z XVII wieku. Znaczy: wiele rzeczy, których się boi. To, że wstawiliśmy to do piosenki wyszło bardzo spontanicznie. Coś jak: „Co to jest? Margt að ugga, wrzućmy to!”. To świetne, zanim nagraliśmy tą piosenkę, nikt nie wiedział na Islandii, kim jesteśmy. Ludzie pewnego dnia usłyszeli to w radiu: „Co? Co robi tutaj poetycka pieśń ludowa w samym środku?”. To bardzo zwraca uwagę, taka popowa piosenka, a w środku niej islandzka stara pieśń. Szalony pomysł. Grupa dwudziestolatków zrobiła to, żeby było śmiesznie.

Ú: Staliście się popularni od czasu „Goodbye July/Margt að ugga” i coveru Pálla Óskara.

HE: Þú komst við hjartað í mér, tak, tak. W Islandii staliśmy się bardzo znani przez to. To najbardziej rozpoznawalna piosenka w kraju według mnie. Znają ją starsi, a nawet dzieci w przedszkolu ją śpiewają. Jest wszędzie, w przedszkolu, szkole. To nawet zabawne. Ciężko było przed tym coverem, byliśmy małym fajnym zespołem indie. Graliśmy tą piosenkę strasznie często, więc już teraz tego nie robimy.

Ú: Teraz w lipcu przed wami jeszcze kilka koncertów w Islandii, w tym występ na Lunga Festival. Możesz opowiedzieć o tym wydarzeniu?

HE: Zagramy tam jak sveitaband. Sveitaband to jak zabawa taneczna w środku nocy przy starych dobrych kawałkach. Nie gramy nic naszego. To polega na graniu popowych piosenek innych islandzkich artystów. Będzie tam też kilku wokalistów i będą nam towarzyszyć na scenie. Wykonają piosenki Sugarcubes, Nýdönsk, Gus gus. Wszyscy ci różni wokaliści pojawią się na scenie, żeby rozkręcać zabawę.

Ú: A jak wygląda u was proces komponowania nowych utworów? Pracujecie nad tym wspólnie czy przynosicie pomysły na piosenki na próby?

HE: Przychodzę z tymi piosenkami na próbę, Axel – perkusista – rozkminia jak to ugryźć, później zazwyczaj jammujemy, wymyślamy jak to przetworzyć, rozwinąć, dyskutujemy, „a, ok, spróbujmy tego”. To nie jest tak, że nie upływa dużo czasu, zanim nowa piosenka zostanie napisana. Zazwyczaj, gdy mamy już coś wcześniej, utwór idzie do tej fabryki zwanej zespołem, jest przetwarzany i tak powstaje. Potem idziemy do studia i znów się rozrasta. Tu wstawimy kwartet smyczkowy, idziemy do domu, tam wolę partię dętą, trio i tak dalej… więc piosenka przechodzi przez różne konfiguracje i przybiera różne kształty.

Ú: Muzycy islandzkiej sceny często ze sobą współpracują. Ostatniej jesieni mogliśmy to zauważyć na nordyckiej edycji Sacrum Profanum. W ostatnim czasie wspomagaliście Snorriego Helgasona i Gus Gus, prawda?

HE: Taak, kolaboracje są całkiem normalne na Islandii… mamy zżytą społeczność. Tak więc spotkałem Stephana z Gus Gus, jemy lunch i on mówi, że potrzebują kogoś na wokal, a ja z kolei potrzebuję czegoś nowego do teatru, na co on: „zaśpiewasz dla mnie, a ja ci pomogę z teatrem“. Idziemy do studia, napijemy się whisky, zrobimy razem muzykę i z tego rodzą się piosenki dla Gus Gus. Śpiewam z Gus Gus, oni wspierają mnie w pracy nad solową płyta. To się dzieje badzo spontanicznie, pomagamy sobie i potrzebujemy się wzajemnie. Dobrze brzmimy razem. Po prostu to robimy, nie zastanawiając się nad tym.

Ú: Wystąpiłeś z Gus Gus na wielkim otwarciu sali koncertowej Harpa. Budynek robi wrażenie, ale niektórzy islandzcy muzycy twierdzą, że nie spełnia warunków, by grać tam koncerty.

HE: Ta kwestia jest trochę zbyt rozdmuchana. Nie powiedziałbym tak. Spełnia warunki. Bardzo dużo kosztowała. Jest kontrowersyjnym budynkiem i z tego powodu ludzie dyskutują na ten temat. Jest porządku. Jest bardzo krzykliwa. Może trochę zbyt krzykliwa jak dla mnie, ale będzie stać przez następne 100 lat.

Ú: Dzięki za rozmowę.

HE: Ja też dziękuję.

Pozostaje nam czekać na trzeci album Hjaltalín, trzymać kciuki za solową płytę Högniego oraz mieć nadzieję na rychły powrót w polskie progi.

Written By
More from úlfurinn
Nowości od Ólöf Arnalds
Artystka Ólöf Arnalds znana z charakterystycznego zapadającego w pamięć głosu opublikowała nowy...
Read More
Join the Conversation

1 Comment

Leave a comment