Iceland Airwaves 2011 – relacja.

Jeśli „życie, życie jest nowelą”, to z całą pewnością „świat, świat jest festiwalem”.

Zastanawiam się, czy Islandia jest świadoma faktu, że ich Iceland Airwaves Festival to jeden z najlepszych i najważniejszych świąt muzyki na świecie. Na próżno szukać tutaj wielkich przestrzeni koncertowych, tak znanych na innych festiwalach. W zamian otrzymujemy kilkanaście małych, klimatycznych miejsc do obcowania z muzyką w sercu Reykjavíku, mieście które rozczula mnie swoim niepowtarzalnym klimatem. W ciągu tych pięciu dni festiwal czuć właściwie wszędzie, pewna ekscytacja i energia unosi się nad miastem i nie sposób oddać się jej bezgranicznie.

W tym roku festiwal może nie porwał mnie tak jak rok wcześniej, ale wróciłem z cudownymi wspomnieniami i pełnymi garściami nowej muzyki, a o to przecież chodzi.

Chciałem napisać o każdej minucie i każdej sekundzie festiwalu, relacjonując go dzień po dniu, koncert po koncercie. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że zeszłoroczna forma relacji sprawdza się, bo przecież nikt nie lubi, jak jest dużo tekstu i mało obrazków. A może to tylko ja…

W każdym razie koncertów było mnóstwo, ludzi było mnóstwo, świetnej zabawy było mnóstwo, mnóstwo też przywilejów dla prasy łącznie ze specjalnym miejscem, gdzie za darmo można się było upić. Kto był na Islandii, ten wie, że to przywilej najcenniejszy.

Z tych wszystkich koncertów i koncercików wybieram dziesięć i nimi się chcę z Wami podzielić:

10. BLOODGROUP

Jedyni reprezentanci gospodarzy. Po raz kolejny potwierdza się stare porzekadło – na Bloodgroup można liczyć. Ich koncerty to świetne widowisko, wzorowo prowadzone przez Janusa i Sunnę. Kosmiczna dawka potężnej muzyki i choć nie nagrali nowego materiału od czasu zeszłorocznego festiwalu, co oznaczało podobny zestaw utworów z albumów Dry Land i Sticky Situation, bawiłem się znakomicie i to oni jako jedyni znaleźli się w zestawieniu. Reszty albo nie widziałem, albo wolę przemilczeć, albo wspomnę o nich pod koniec.

9. OTHER LIVES

Tutaj miałem ogromne oczekiwania po zapoznaniu się z ich rewelacyjnym albumem Tamer Animals, jednego z najlepszych wydawnictw tego roku. Ulubieńcy samego Thoma Yorke’a nie zawiedli, dostarczając mi magicznych chwil w Reykjavik Art Museum. Niezwykła głębia muzyki, piękny głos wokalisty Jesse Tabisha i klimat, który potrafią wytworzyć tylko najwięksi. Już otwierający utwór „As I lay me head down” rozsypał się gęsią skórką na moim ciele i tak właściwie zostało już do końca. Narzekać będę, że krótko, ale taki już urok festiwali…

8. JOHN GRANT

Wielki buntownik, który jednak w trakcie swojego off venue w hostelu KEX pohamował swoje upodobania do przekleństw, ze względu na transmisję bezpośrednią do radia KEXP w Seattle. Zagrał zestaw mniej kontrowersyjnych utworów, co nie znaczy mniej ciekawych. John Grant na wielki głos. Jego kontrola nad nim wprawia mnie w osłupienie, bo tego się nauczyć nie można. Z tym się można jedynie urodzić. Album „Queen of Denmark” to dzieło kompletne, które porywa od pierwszych sekund i siedząc wymownie prawie pod nogami artysty miałem ochotę mu czyścić buty. Polecam jego koncert w ramach Ars Cameralis – 18 listopada w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Warto.

7. SINEAD O’CONNOR

Zwyciężczyni w kategorii najbardziej niedoceniany artysta festiwalu. Sam przyznam, że widząc obecną formę Irlandki, szedłem na koncert bez nadziei na wielkie przeżycia. Miałem ochotę uderzyć się w twarz, bo oto w pięknym kościele Frikirkjan pojawia się Sinead –odchudzona, włos zrobiony, uśmiech na twarzy, ale nie to było najważniejsze. Emocji, jakich dostarczył mi ten koncert, nie uświadczam często. To ciągle ta sama Sinead, której głos jest w stanie wzruszyć każdego, kto słucha. Niezwykle intymny i podniosły klimat sprawił, że tego koncertu nie zapomnę nigdy. Oprócz obowiązkowego „Nothing compares 2u” można było usłyszeć zarówno nowy materiał, który ujrzy światło dzienne na początku przyszłego roku, jak i starsze utwory z „Red Football” oraz „This is a rebel song”. Zwłaszcza ta ostatnia zrobiła ze mną wszystko, co chciała

6. OWEN PALLETT

Jego koncert pokrywał się z koncertem Tune-Yards. Kiedy otrząsnałem się z depresji, musiałem się zadowolić jego off venue, za który dziękuję organizatorom, bo inaczej byłby płacz. Miejsce dość niefortunne, gdyż Kaffibarinn (bar, którego właścicielem jest Damon Albarn) to miejsce maleńkie, które nie było w stanie pomieścić wszystkich ludzi chcących zobaczyć występ kanadyjczyka. Ja musiałem się zadowolić mikro przestrzenią pod głośnikiem, co w zupełności mi wystarczyło. W trakcie półgodzinnego koncertu Owen, grający w tłumie fanów, zaczarował swoją muzyką i wyjątkowym głosem. Kiedy zapytał, co ma zagrać, wykrzyczałem spod głośnika „Great elsewhere”, na co odpowiedział, że to szalony pomysł, bo nie przygotowany, bo coś tam. Ostatecznie usłyszałem mój ulubiony utwór z albumu „Heartland” i to właściwie wystarczyło. Reszta była arcymiłym dodatkiem.

5. YACHT

Chyba nikt nie zrobił takiego zamieszania na scenie, co ta szalona grupa z Los Angeles. Oto zjawia się grupa młodych hipsterów, którzy swoją szaloną mieszanką synthpopu i alternatywnego rocka porwali wszystkich zgromadzonych tego wieczoru w NASA. Kiedy nagle w drugim utworze wybiega na scenę wokalistka Claire, wyglądająca niczym Annie Lennox XXI wieku, nie potrafię od niej oderwać wzroku i tak zostaje do samego końca koncertu. Prawdziwe scenicznie zwierze, których dziś już niewiele. Miało się wrażenie, że rozniesie scenę i wszysko wkoło, a wszystko w rytmie fantastycznej muzyki, do której chce się wracać i z poczuciem humoru, o którym może pomarzyć wielu artystów.

4. AUSTRA

Kanadyjska artystka, która szturmem podbiła świat swoim znakomitym albumem „Feel it break”. Właściwie od początku roku jest na ustach wszystkich, a jej kolejne single zachwycają słuchaczy. Jej koncert bez wątpienia był jednym z najjaśniejszych momentów festiwalu. Niezmiernie się ciesze, że to właśnie Reykjavik Art Museum gościło to wydarzenie, gdyż NASA wielokrotnie pozostawiała wiele do życzenia pod każdym względem. Nic takiego nie miało miejsca podczas koncertu kanadyjskiej gwiazdy. Perfekcyjnie poprowadzone widowisko,  Katie na żywo brzmi fantastycznie, aż nie mogłem się nadziwić. Przy „The beat and the pulse” nikt nie potrafił stać bez ruchu i euforia utrzymała się do samego końca.

3. MATTHEW HEMERLEIN

Jego koncerty mnie hipnotyzowały i właściwie potrafiłem zapominać o wszystkim. Po pierwszym jego występie już widziałem, że opuszczę koncert Gus Gus oraz Johna Granta, pech chciał, że wszyscy grali o tej samej godzinie. Oto zwykły chłopak z Waszyngtonu zdobył moje serce grając na skrzypcach, gitarze i wszystko miksując w trakcie gry za pomocą loop stacji, kilku przycisków i regulatorów, które operował palcem u stopy, żeby było śmieszniej. Człowiek-orkiestra, człowiek-emocje, człowiek-geniusz. Jego talent do coverowania mnie powalił na kolana, bo jak można połączyć „Pony” Ginuwine z „Ordinary Love” Sade i sprawić, jakby te dwa utwory nigdy bez siebie nie żyły? Przy akompaniamencie skrzypiec nadać „Creep” Radiohead nową jakość? Siedziałem jak zaczarowany i zastanawiałem, jak można mieć tyle talentu. Jego autorski materiał jest równie imponujący, o czym wiem najlepiej, katując jego zakupioną po koncercie płytę od dwóch tygodni.

2. TUNE-YARDS

A kategorii „największa kolejka na koncert” wygrywa Tune-Yards. Biegnąc do NASA po koncercie Sinead O’Connor, jeszcze trochę zamroczony emocjami, zauważam setki ludzi stojących przed klubem. Kolejka wydawała się nie mieć końca! Od początku festiwalu mówiło się głośno o jej koncercie i wiedziałem, że na jej koncert warto czekać nawet miesiąc, bo to przeżycie z kosmosu. Pamiętam do dziś jej koncert na OFF Festivalu, który wgniótł mnie w ziemię. Ostatecznie nie musiałem czekać, bo prasie wolno wejść poza kolejką. Cały koncert pamiętam jak wielki trans, w który wprowadziła mnie Merrill, kobieta-dynamit, której wokal nie ma sobie równych. Szalone bębny, krzyki, wszystko odtwarzane na lood stacji, ukulele, tańce i niesamowita atmosfera. Setlista perfekcyjnie stworzona, prezentując dorobek z obu fenomenalnych albumów. Takie koncerty żyją w tobie wiecznie.

1. ACTIVE CHILD

Stany Zjednoczone w tym roku nie miały sobie równych. Miałem do wyboru Beach House i Active Child. Tych pierwszych znam i szanuję, o drugim nie wiedziałem zbyt wiele. Wystraczyłem sie może tłumów na hipsterski zespół i postanowiłem zostać na tym drugim. Jeśli w tym roku podjąłem słuszą decyzję, to tę właśnie. Koncert, który poziomem emocji zrównał się z zeszłorocznym koncertem Efterklang. Zostałem autentycznie zmiażdżony emocjonalnie i do dziś nie potrafię się otrząsnąć. Oto zjawia się na scenie rudy anioł z harfą i zaczyna śpiewać. Niektórzy śpiewają, ale Pat Grossi jest w tej kategorii gdzieś ponad wszystkimi. Wyobraźcie sobie połączenie, nie, właściwie to nie ma sensu. Harfa zostaje moim ukochanym instrumentem, Pat Grossi moją miłością życia, album „You are all I see” największym nałogiem i  rudy już zawsze będzie kolorem anioła.


Nie zmieściły się do dziesiątki, ale wspomnieć należy o świetnym koncercie Totally Enormous Extinct Dinosaurs, przepięknym akustycznym koncercie Agent Fresco, na którym nie mogłem ukryć wzruszenia. Swoją drogą mam nadzieję, że Arnór – wokalista zespołu, w końcu porzuci pseudo rockowe granie i zajmie się muzyką, która jest w pełni oddać jego niesamowity głos. Należy wspomnieć o potworku islandzkiej muzyki, czyli autorach najbardziej irytującej piosenki roku, granej w islandzkich rozgłośniach co dwie minuty – Of Monsters & Men. Przemilczę ich banalną muzyką bazująca na hej hej i lalalala, ich fenomen pozostanie dla mnie największą tajemnicą wszechświata. Wielce ubolewam, że nie udało mi się zobaczyć Sóley, której koncert w Harpie był zapełniony do ostatniego miejsca…

Generalnie w moim odczuciu większość islandzkich artystów wydawała się najzwyczajniej w świecie zmęczona. Nie jest tajemnicą, że podróżują i koncertują po Europie coraz cześćiej, i brak paliwa zdecydowanie odbił się na jakości zaprezentowanych koncertów podczas ich rodzinnego święta. Z kolei jest to dowód na to, że Iceland Airwaves to ogromna trampolina dla islandzkich muzyków i właściwie tylko się cieszyć można.

Za rok festiwal rozpocznie się miesiąc później, będzie trwał w ciemnościach i mrozie. Od grudnia można już kupić bilety :)


More from dawid po prostu
Keflavik Music Festival 2013 – skandal, jakiego Islandia nie widziała.
Podobno było to do przewidzenia. Podobno też było to do odratowania. Niestety...
Read More
Leave a comment