Björk BIOPHILIA – relacja z koncertu.

Tegoroczny festiwal Iceland Airwaves stał pod znakiem Björk. To jej przyjazd budził największe emocje, to na jej sześć koncertów bilety wyprzedały się w kilka dni. Ostatecznie dodano trzy kolejne terminy i w rezultacie artystka w Reykjavíku zagra aż dziewięć razy. Pierwsze dwa koncerty w jej rodzimym kraju odbyły się w pierwszy i ostatni dzień największego muzycznego święta Islandii – Iceland Airwaves Festival.

Organizatorzy przygotowali niespodziankę dla festiwalowiczów – darmową pulę 400 biletów na oba koncerty,  wręczane na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Odbiór biletów miał miejsce w sklepie muzycznym Bad Taste Records, w dzień koncertu od godziny jedenastej rano. Rezultatem były kolejki o świcie, ludzie śpiący w śpiworach pod drzwiami, ogólna ekscytacja i niekończące się liczenie, czy aby na pewno zmieszczę się w pierwszej dwusetce. Całe to szaleństwo udzieliło się i mnie oczywiście i pierwszego dnia festiwalu od samego rana stałem w kolejce, rozmawiając z ludźmi, pijąc kawę i czekając na ten magiczny moment wręczenia mi upragnionego biletu. Trzy godziny stania w kolejce wystarczyły – kilka minut po jedenastej trzymałem w ręku bilet.

Harpa to piękne miejsce, idealne na koncerty. Może nieco zbyt sztywne, ale akurat w konwencji projektu Biophilia odnalazła się idealnie. Koncert zaplanowano na godzinę dwudziestą. Kilka minut po dziewiętnastej już stoję w kolejnej kolejce (tydzień generalnie upłynął mi pod hasłem „kolejka”) do sali Silfurberg, gdzie już czekała maleńka, okrągła scena z imponującymi instrumentami rozmieszczonymi dookoła. Wcześniej oddałem aparat do przechowalni, gdyż Björk pragnie, aby wszyscy skupili się na muzyce, poza tym wszechobecne dzwięki migawek z pewnością zepsułyby klimat. Z przyjemnością więc spełniłem jej prośbę.  Wchodząc bardzo się zdziwiłem, w jak niewielkim pomieszczeniu odbędzie się koncert. Widownia w liczebności nie większej niż osiemset, wszystko to stworzyło bardzo intymny klimat. Jeszcze kilka minut nerwowego oczekiwania i już. Punktualnie o 20:00 rozbrzmiał głos Davida Attenborough – brytyjskiego przyrodnika, który zgodził się zostać narratorem w tym projekcie.

Po krótkim wstępie wychodzą kolejno: Graduale Nobili – żeński chór islandzki, Matt Robertson – operator wszelakich elektronicznych gadżetów, Jons Sims – klawisze oraz Manu Delago, który grał na perkusji, cymbałach oraz hang. Po chwili dołącza do nich Björk. W wielkim pomarańczowym afro, pięknej cekinowej sukience oraz wysokich koturnach. Bez zbędnych powitań  rozpoczyna się koncert. Słychać jedynie odgłos opuszczanej z sufitu Tesli, nietrudno się domyślić otwierającego utworu. Thunderbolt na żywo brzmi   f e n o m e n a l n i e. Coś, czego nie udało się uzyskać na albumie, na żywo powala. Wyładowania Tesli powodują ciarki na plecach. Björk spokojnie chodzi dookoła sceny, wyrzucając z siebie kolejne sylaby. Tutaj trzeba rozwiać wątpliwości – wokalnie to ciągle najwyższa liga. Miałem wrażenie swego czasu, że głos już nie ten. Między bajki wkładamy wszystko jednak. Po pierwszej piosence jestem już niesamowicie wciągnięty. Cała oprawa koncertu robi niesamowite wrażenie. Nad sceną wiszą dwustronne ekrany, na których podziwiać można piękne wizuale. Zwłaszcza urzekają w kolejnych Moon i Crystalline. Ludzie zgromadzeni wydają się nie oddychać. Po Hollow i Dark Matter kończy się pierwsza część prezentacji nowego materiału. Czas na wycieczkę w przeszłość, dzięki Hidden Place, które pasuje idealnie do koncepcji Biophilii, kolejne Mouth’s Cradle, następnie Isobel w przepięknej aranżacji. Nie przeszkadzały nawet wpadki Björk z tekstem. Po owej triadzie czas wrócić do nowego materiału. Virus mnie lekko wzruszył – te dzwonki, chór, aura intymności. Sacrifice wykonała skierowana w moją stronę, mogłem więc z odległości dwóch metrów przyjrzeć się artystce. Cudownie wygląda jak na swoje 46 lat. Delikatne zmarszczki wokół ust dodają jej majestatyczności. Kończąc utwór dygnęła w moją stronę, co z pewnością tylko mi się wydawało. Vertebrae By Vertebrae nigdy mi się nie podobał, w żadnej aranżacji świata. Nie inaczej było tym razem. Where is the line brzmiało jak puszczone z kasety, według mnie nie sprawdza się on na żywo. Znowu podeszła w moją stronę, głos Davida Attenborough zapowiada: Mutual Core. Ciarki mnie przeszły. Ten utwór jest fantastyczny, na żywo wysłał mnie kosmos. Na koniec zostały Cosmogony oraz Solistice. Ten pierwszy pięknie rozmarzył, drugi cudownie wzruszył, wykonany jedynie przy akompaniamencie magicznego wahadła. Po chwili gasną światła i scena pustoszeje.

Widownia nie pozwala jednak na taki obrót spraw i po kilku minutach owacji, Björk wraca na scenę w towarzystwie Manu Delago, by odśpiewać One Day w zupełnie nowej wersji na hang drum. Zdecydowanie jeden z piękniejszych momentów koncertu – aranżacja to mistrzostwo świata. Ten niemal dwudziestoletni utwór ciągle brzmi jak napisany wczoraj. Następnie dołącza Matt Robertson, który uruchamia reactable – instrument z kosmosu i nagle rozbrzmiewa Náttúra, którą znaleźć można na wydaniu deluxe albumu Biophilia. Na finał dostajemy w prezencie Declare Independence –dynamit, który zawsze się sprawdza. Wśród wrzasków i euforii Björk opuszcza scenę. Gasną światła. Pora wrócić do rzeczywistości.

Był to magiczny wieczór. Pomimo niezadowolenia z albumu muszę przyznać, że na żywo w całej oprawie ma to wszystko sens. Brakuje mi czasem trochę emocji, nowy materiał jest dość chłodny i bezosobowy. Chciałbym, żeby Björk znowu podzieliła się z fanami swoimi uczuciami, przemyśleniami, lękami. Dostajemy jednak garść piosenek o kryształach, księżycu i płytach tektonicznych. Ja wiem, wszystko idzie do przodu, wszystko się rozwija. Ja jestem jednak staromodny, wolę płytę, słuchawki, proste emocje, niż aplikację na IPada, którego nie będę miał w życiu, bo tego typu technologie mnie przerażają.

Nie napiszę nic o niedzielnym koncercie, gdyż był dokładnie kopią pierwszego. Kropka w kropkę zagranę tak samo. Nawet ustawienie na scenie było identyczne. Co spotkało się z moim wielkim rozczarowaniem, bo marzy mi się usłyszeć Hyperballad lub All is full of love. Ostatecznie nie mam powodów do marudzenia – zobaczyłem dwukrotnie koncert, o którym ciągle marzy miliony osób na całym świecie. Jeśli tak na to spojrzę, to wszystko jest doskonale.

More from dawid po prostu

RetRoBot – wywiad oraz specjalne video!

Zgodnie z obietnicą, publikujemy wywiad z najlepiej zapowiadającym się młodym zespołem –...
Read More

Dodaj komentarz