Bloodgroup – Kraków, 23 stycznia 2012 – Forty Kleparz


Najlepszą receptą na udany koncert jest totalne wyzbycie się oczekiwań. Dokładnie tak było w moim przypadku 23 stycznia na Bloodgroup w krakowskich Fortach Kleparz. To miał być mój trzeci raz z ich muzyką na żywo. Zdążyłam dowiedzieć się, jak radzą sobie zarówno w klubie jak i pod chmurką. Nowa płyta w przyszłości bliżej nieokreślonej, zatem materiał ten sam, a Hips Again usłyszę dopiero, kiedy w Polsce doświadczymy nocy polarnej. Wszystko wskazywało na to, że ten koncert będzie tylko dobrą zabawą.

Na wstępie mogłoby się nie podobać, że opóźnienie. Że miała być godzina 20, a wyszła 21 z minutami. Narzekać zawsze można, bo to łatwe. Patrząc z jasnej strony – był czas na zwiedzenie zakamarków klimatycznego klubu Forty Kleparz, a dodatkowo nikt z licznie zgromadzonych nie mógł powiedzieć, że spóźnił się na występ i coś stracił, a straty by były, bo Bloodgroup to widowisko.

Wreszcie wyczekiwana czwórka Islandczyków pojawiła się na scenie. Rozpoczęli z How do we know. Spokojnie, w pewien sposób onieśmieleni i niepewni. Całkiem inaczej niż pokazali to w ubiegłym roku. Ale to był ledwie początek. Buried in Sand, Ain’t Easy, This Heart i Overload zdecydowanie rozruszały salę. Zarówno stopniowo rozwijające się wejścia w utwory jak i momenty kulminacyjne piosenek zwracały uwagę na nagłośnienie. Zazwyczaj mimo najlepszej widoczności, miejsca pod sceną nie należą do najlepszych pod względem dźwięku. Tak samo skrzydła – grożą ogłuszeniem. A w Fortach? Za niesamowicie wykorzystane warunki akustyczne należą się słowa uznania.

Bloodgroup jest już znane polskiej publiczności. Nie tylko na My Arms w części finałowej dało się słyszeć wsparcie duetu wokalistów. Zaznaczyć też muszę, że przyjemnie jest obserwować jak z koncertu na koncert młoda wokalistka zdaje się rozwijać na scenie. W tamtym roku wywołała u mnie wrażenie, że duet Janus-Sunna to takie uosobienie Krainy Ognia i Lodu. Teraz już wiem, że nawet pod lodowcem drzemią pokłady energii. Jak tak dalej pójdzie, to po przebudzeniu tej energii Janus będzie się musiał troszkę pomęczyć, żeby nie pozostać w cieniu :)

Pozytywne wibracje na scenie udzielały się także i nam, słuchaczom. Do tego stopnia, że próba opuszczenia sceny przez Janusa zakończyła się fiaskiem. Nie ma takiego kończenia koncertu w zaledwie godzinę! Przerwać szczelny kordon publiczności udało się dopiero po rozbudowanej, wyciskającej siódme poty wersji Try On.

Najlepszy moment podczas koncertu? Pro choice. Problemy techniczne? To nic, piłka jest cały czas w grze. Nie zagrają tak jak zazwyczaj, to się pobawią, pokażą ten utwór z innej strony. Podczas tego wieczoru zostaliśmy uraczeni także nowym utworem. Trzeba przyznać, że jeśli jest to zalążek nowego albumu, to szykuje się on ciekawie.

Przyszłam na koncert z nadzieją, że naładuję się energią, bo wiadomo, że Bloodgroup po wejściu na scenę stają się wprost nadaktywni. Tylko to, nic więcej. Wyszłam z wrażeniem, że warto pojawiać się na każdym ich kolejnym koncercie, bo przy okazji dobrej zabawy zawsze czymś zaskoczą. Dobra robota!

Zobaczcie zdjęcia!

Written By
More from úlfurinn

Retro Stefson już dziś w Szczecinie

Podczas wielkanocnego weekendu członkowie Retro Stefson zaprezentowali swoją formę, zamykając kultowy festiwal...
Read More

1 Comment

Dodaj komentarz